Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hermiona Granger. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hermiona Granger. Pokaż wszystkie posty

14/10/2023

Mistrz szachownicy

 Kiedyś natrafiłam na artykuł o dziwnych teoriach z uniwersum HP. Oto jedna z nich.


***

Wciąż pamiętał smak porażki. Ten strach, który ich wszystkich ogarnął, gdy Harry Potter poległ, a Tom Riddle wygrał. I on, Ronald Weasley, wiedział, że to wszystko jego wina. Za wszelką cenę musiał naprawić swoje błędy.

*

Zawsze chciał być kimś wielkim. Ważnym i znaczącym. I mógł. Posiadał wiedzę, której brakowało innym. Nazywali to intuicją. Geniuszem. A on jednak starał się, jak mógł, by nie stać w świetle reflektorów – dla bezpieczeństwa wszystkich. Zdecydował się na życie w Hogwarcie, sercu brytyjskiej magii, skąd mógł bez wzbudzania podejrzeń sterować wydarzeniami.

Jako wytrawny szachista Albus Dumbledore planował kilka ruchów naprzód. Obserwował zachowanie przeciwnika, by móc je wykorzystać na swoją korzyść. Poruszał się ostrożnie po szachownicy, by na razie nie stracić swoich pionków – wiedział, że będzie ich potrzebował później. Z tego powodu Tom Marvolo Riddle został przyjęty do Hogwartu i ukończył swoją edukację z wyśmienitymi wynikami, a każdy jego krok był uważnie obserwowany i analizowany. Albus Dumbledore powoli, po cichu tworzył swoją armię. Jak znienawidzone przez niego pająki tkał sieć, w którą łapał cenne figury na swoją szachownicę, by móc ich użyć, gdy nadejdzie pora.

Lord Voldemort rósł w siłę, Śmierciożercy siali terror, a Zakon Feniksa powoli przybierał swoją formę. Dobrzy ludzie, pełni miłości i gotowi do walki w każdej chwili. Weasleyowie, Longbottomowie, Potterowie. Ci, bez których plan nigdy nie mógłby się udać.

I oczywiście Severus Snape. Ta jedna figura-widmo, której nie potrafił przyporządkować jednej roli, bo Snape zdawał się być zarówno pionkiem, jak i królową. I skoczkiem. I wieżą. Gońcem. Tylko królem nie miał nigdy być. Króla się nie poświęca.

Albus Dumbledore wiedział, jakie cierpienia czekają Harry’ego Pottera, ale nie zdecydował się im zapobiec. Pozwolił wybrać Petera Pettigrew na Strażnika Tajemnicy, przez co zginęli Lily i James. Efektem kuli śnieżnej wiele losów zostało przypieczętowanych tamtej nocy. Tym razem jednak wiedział dokładnie, dlaczego tak się stało. Słowa przepowiedni wypowiedzianej przez Sybillę Trelawney prześladowały go o każdej porze dnia i nocy, a świadomość przewidzianego końca zatruwała mu sumienie, bo jedna z najdroższych jego sercu osób miała umrzeć.

Figury już stały na szachownicy, pierwsze ruchy zostały wykonane, a on teraz już wiedział, jaki ta gra będzie miała wynik. Pusta szachownica, dwóch króli stojących naprzeciwko siebie. Porażka – w najgorszym wypadku. W najlepszym – pat.

A Albus Dumbledore nie miał przed sobą tyle życia, by rozegrać tę rozgrywkę jeszcze raz.

Nastąpił najpiękniejszy okres w życiu Albusa, w którym Harry Potter, Ronald Weasley i Hermiona Granger rozpoczęli naukę w Hogwarcie. Dni pełne niespodzianek, niebezpieczeństw i przygód. Niewidzialny dla swoich uczniów przemierzał korytarze, ukradkiem obserwując, co też ta trójka znowu wymyśliła, a gdy nie mógł ich śledzić osobiście, portrety w zamku donosiły o każdym ich ruchu. Czasem Minerwa McGonagall przychodziła się poskarżyć.

– Albusie, za bardzo temu chłopcu pobłażasz. Ciągle pakuje się w sytuacje, które są zwyczajnie niebezpieczne! I jeszcze wciąga w to przyjaciół!

– Minerwo – wzdychał nieustannie, gdy zaczynała ten temat. – Takie już uroki młodości.

Potem wpadał jak burza Severus Snape, mrucząc coś pod nosem o „krnąbrnym, zarozumiałym chłopaku” i „braku szacunku”, a na końcu dodawał głośniej:

– Taki sam jak jego ojciec.

Na to Albus zwyczajowo wcale nie odpowiadał, bo Severus nie miał w zwyczaju przywiązywać wagi do jego słów.

Największą radość sprawiało mu jednak obserwowanie Hermiony Granger.

Nie było to trudne, bo – prawie – zawsze znajdowała się w pobliżu Harry’ego Pottera, więc mógł się jej bezkarnie przyglądać nawet w trakcie posiłków. Zauważał każdą zmianę, jaka w niej zachodziła. Każdy krok, który przybliżał ją do bycia kobietą – piękną i niezłomną. Najinteligentniejszą czarownicą od czasu Roweny Ravenclaw. Potem jego wzrok przenosił się na tego młodego głupca, jakim był Ronald Weasley. Albus się cieszył, że w tym wypadku głupota szła w parze tylko i wyłącznie z młodością, że Ronald miał z wiekiem nabrać rozumu… ale czekała go jeszcze długa droga. Tak samo jak ku sercu Hermiony.

Albus Dumbledore był zazdrosnym człowiekiem. Ogłupiałym z miłości starcem, który nie mógł powstrzymać przyspieszonego bicia serca na widok tej dziewczyny. Odebrano mu ją, zanim w ogóle stała się jego. Zazdrościł temu chłopcu, który miał przed sobą – przy odrobinie szczęścia – całe życie.

Podobno pierwsza miłość nigdy nie przemija – Albus zdecydowanie mógł to potwierdzić na własnym przykładzie. I to dla Hermiony – jeśli nie dla świata – musiał wygrać tę grę. Dać jej szansę na przeżycie jej własnego życia. I Ronaldowi.

Bo król miał nie zejść z szachownicy żywy.

Gdy jego własna głupota sprawiła, że dni Albusa stały się policzone, jego umysł szachisty zaczął obmyślać nową strategię. Już nie mógł czuwać nad tą trójką, nie mógł nimi potajemnie kierować. Powoli zaczął dzielić się z Harrym swoją wiedzą, rozmyślał nad podarunkiem dla Hermiony i zastanawiał się, jak doprowadzić do tego, by Ronald – najsłabsze ogniwo, a jednak niezastąpiona figura na tej szachownicy, bez której czekała ich tylko przegrana, bezlitosny szach-mat, upadek króla – zawsze wiedział, jak wrócić, by nie musieć być zdrajcą na zawsze.

Zegar tykał, czas Albusa Dumbledore’a się kończył.

Miał tylko tę jedną szansę, by naprawić swoje błędy.

Tamtej nocy, na szczycie Wieży Astronomicznej, całe życie przeleciało mu przed oczami.

Jego arogancja, gdy opuścił przyjaciół w potrzebie, a cały świat się zawalił.

Decyzje, za którymi podążała śmierć.

Jego brawura, gdy włamał się do Ministerstwa Magii, by naprawić swoje błędy.

Bicie serca, gdy ściskał w dłoni zmieniacz czasu.

Jego błaganie, gdy odnalazł Nicolasa Flamela i błagał go o łyk eliksiru życia.

Błogosławieństwo, które dostał na drogę.

Jego smutek, gdy ukradł życie chłopca zabitego przez swoją własną siostrę.

Ta chwila, w której Ronald Weasley stał się Albusem Dumbledorem.

Albus Dumbledore był odważny, jak odważny był Harry.

Albus Dumbledore był niezłomny, jak niezłomna była Hermiona.

Jak ona go nauczyła, ćwiczył bez końca to, czego nie potrafił. Uczył się.

A jak on go nauczył, nie wahał się przed niczym. Był gotowy na wszystko.

Cała trójka przysięgła zniszczyć Lorda Voldemorta, a że tylko on jako jedyny z nich przeżył, żył, jakby oni żyli w nim. Po tamtej przegranej wojnie nie zostało w nim wiele z Ronalda Weasleya.

Musiał wygrać, by oni mogli żyć. To było jedynym, co go w tamtym czasie napędzało.

Nie mógł zabić Toma Riddle’a, bo to za bardzo mogło zmienić ich przyszłość. Takie proste rozwiązanie było pułapką, w którą on nie zamierzał dać się złapać. Za to spędzał czas w bibliotece, by dowiedzieć się jak najwięcej o tym, czego nigdy go nie uczono – najmroczniejszej magii, z którą przyszło im wtedy i potem walczyć.

Między linijkami swojej ostatniej woli ukrył życzenie, by oni żyli. A potem dał Ronaldowi klucz do naprawy błędu, który popełnił. Albus Dumbledore umierał z nadzieją, że jego mały wynalazek – wygaszacz – zmieni losy świata. Gdyby się to nie wydarzyło…

Albus zamknął oczy, nim ugodził go zielony płomień morderczego zaklęcia.

…Ronald musiałby rozegrać partię Albusa jeszcze raz, i jeszcze raz, i jesz…

I słychać było tylko trzask łamanych kości, gdy ciało dyrektora uderzyło o ziemię u stóp Wieży Astronomicznej.

18/12/2022

To my mieliśmy być tymi dobrymi

Napisane rok temu, z różnych przyczyn aż do teraz niepublikowane. 

Dramione?

Miłego czytania i wesołych świąt!

Alina

***

– A niby to my mieliśmy być tymi dobrymi – powiedziała Hermiona, nie patrząc na swoich przyjaciół. W jej tonie można było wyczuć gorycz.

Tak jak reszta osób obecnych na balu świątecznym Ministerstwa wpatrywała się w młodego mężczyznę. Ubrany był w nienaganną i drogą, choć niezbyt rzucającą się w oczy, szatę wyjściową. Sięgające ramion włosy związał w kucyk, nieświadomie upodabniając się w tym do swojego ojca. Z biegiem lat coraz bardziej go przypominał. Hermiona nie wiedziała, czy to właśnie owe podobieństwo było powodem nieuprzejmego zachowania reszty gości, czy po prostu bezzasadnie korzystali oni z okazji, by upokorzyć mężczyznę. Wbić kolejną szpilę, choć minęło już tyle lat…

Stał spokojnie pod zaczarowaną jemiołą, jakby sam wybrał to miejsce i żadna magia go nie trzymała. Hermiona znała go jednak na tyle dobrze, by dostrzec u niego drobny tik nerwowy w okolicach lewego oka. Mężczyzna czekał cierpliwie. Tak jak go nauczono w dzieciństwie – nie okazywał słabości.

– Hermiono, daj spokój – odpowiedział Ron. – Zaraz pewnie przyjdzie Matylda i go uwolni. Jak całą resztę.

Ale pijana Matylda Hopkins stała w tłumie i również się śmiała. Najwyraźniej i ona nie zamierzała całować kogoś takiego.

– Walczyliśmy w wojnie o świat, w którym każdy miał być równy! – warknęła Hermiona z coraz większą złością. – Może od razu powinniśmy go spalić na stosie? On już dawno zapłacił za to, co zrobił. Uratował nam życie! A wy wciąż traktujecie go jak wroga publicznego numer jeden. Powinniście się wstydzić. Wszyscy powinniśmy się wstydzić – poprawiła się zmieszana.

– Zamierzasz teraz założyć jakiś Komitet Ochrony Malfoyów? – wtrącił się Harry. – Nawet nie próbuj mnie do niego zapisywać! Masz rację, Draco nie zasłużył na Azkaban, ale to nie wystarczający powód, by się tak unosić przez głupi dowcip. Chyba każdego już złapała ta cholerna jemioła.

– Ale tylko on nie ma nikogo, kto by go uwolnił. I tylko z niego wszyscy się śmieją.

– Ja go na pewno nie pocałuję! – zaprotestował Ron.

Hermiona przewróciła oczami.

– Niczego nie rozumiecie. Jak zawsze. Próbowałam wam tylko powiedzieć, że nikt nie zasługuje na to, by go tak poniżać.

– Ale co w tym poniżającego? Ja się tam nie czułem poniżony, jak mnie złapała… – powiedział Ron, potwierdzając tym słowa przyjaciółki.

Nie miała siły, by z nimi dyskutować. A z każdym wypowiedzianym słowem Draco Malfoy był coraz dłużej rozrywką dla tłumów.

Hermiona wiedziała, co powinna i co chciała zrobić. Nie była jednak pewna, jak on na to zareaguje. Nie byli przyjaciółmi; nawet się nie lubili. Choć przez te wszystkie lata jej stosunek do niego znacznie się zmienił, nie sądziła, by z jego strony wyglądało to tak samo. Doceniała, że ciężko pracował na to, gdzie się teraz – i nie miała tutaj na myśli jemioły – znajdował. Społeczeństwo czarodziejów pokazywało jednak w tej chwili, że dla nich był cały czas tym innym, tym złym.

A oni byli tymi dobrymi.

Dobro i zło czasem tak doskonale potrafiły udawać coś, czym nie są.

Ruszyła w stronę mężczyzny, będąc gotowa przyjąć wszelkie obelgi i przekleństwa, jakimi ją uraczy. Na pewno nie teraz, wśród świadków, jednak później, na osobności…

Wszystkie spojrzenia zwróciły się w jej stronę. Szepty wezbrały na sile. Potrafiła sobie wyobrazić, co mówili: „Bohaterka uratuje śmierciożercę? Co to za czasy nastały? A może mu w końcu pokaże, gdzie jego miejsce?” Każda wersja była obrzydliwa. Gdyby ktokolwiek miał w sobie choć odrobinę przyzwoitości, już dawno by go uwolnił. Sama za długo zwlekała, mając nadzieję, że ktoś inny to zrobi. Nie była lepsza. Była taka sama jak cała reszta.

A ponoć była tą dobrą. W ich oczach nawet najlepszą.

Brzydziła się sobą.

Była od niego oddalona ledwie o kilka kroków. Też na nią patrzył, jednak z jego oczu nie mogła odczytać, co myślał. Gdy stanęła bezpośrednio przed nim, musiała się mocno powstrzymywać, by nie zacząć go przepraszać za to, co zaraz zrobi.

Musiała stanąć na palcach, by dosięgnąć swoimi ustami jego. Nie próbował się bronić. Nie powiedział ani słowa. Położyła dłoń na jego ramieniu, by nie stracić równowagi i nadszedł ten moment. Pocałowała go. Może o ułamek sekundy dłużej niż było to konieczne. Zaklęcie zostało przerwane i Draco mógł odejść.

– Dziękuję – powiedział lekko zachrypniętym głosem. – Masz ochotę na szklaneczkę ponczu?

– Chętnie – odpowiedziała, siląc się na neutralny ton.

Zaoferował jej ramię, które przyjęła. Skierowali się do stołu z napojami, a tłum przed nimi się rozstąpił.

– Merlinie, jak ja tego nienawidzę – stwierdził cicho. – Zachowują się, jakbym był zwierzęciem na wystawie. Albo obrazem. Problem polega na tym, że wydaje im się, że mogę wybuchnąć w każdej chwili.

– Przepraszam, nie chciałam… – zaczęła.

Popatrzył na nią, podając jej napój.

– Za co mnie przepraszasz? Mogłaś uratować mnie z litości, ale przynajmniej to zrobiłaś. I tobie jednej ufam na tyle, że wiem, że nie zrobiłaś tego dla żartu. Jesteś na to zbyt szlachetna.

Prychnęła.

– Gdybym była taka szlachetna, nie wahałabym się ani sekundy. Draco, ja… ja naprawdę podziwiam to, co osiągnąłeś. Że się nie poddałeś. I nie dałeś nikomu satysfakcji. Tak sobie myślałam… Nieważne – przerwała sobie samej. – Dziękuję za poncz.

Odwróciła się i odeszła, wciąż trzymając szklankę w dłoni. Palce zaciskały się na niej mocno.

Bo co miała mu powiedzieć? Że niemal każdego dnia żałowała, że urodzili się w tak różnych rodzinach, bo pod tyloma względami byli do siebie tacy podobni? Że tak dobrze by do siebie pasowali?

Nie mogła mu tego powiedzieć.

On był tym złym, a ona tą dobrą.

To nie mogło się udać.

Nie mogło, prawda?

 

10/09/2022

O czym milczy regulamin

 

– Nie możesz tego kontynuować, Severusie.

Zatroskane spojrzenie, jakim obdarzył go Albus Dumbledore, wywołało nieprzyjemne uczucie w żołądku Mistrza Eliksirów. Zwykle po takim wstępie następowała niekończąca się, głęboka przemowa na temat większego dobra i konieczności dbania o siebie i bliźnich – rzeczy, które Severusa nie obchodziły.

– O czym tym razem mówisz? – Nie krył irytacji. Te rozmowy zwykle były długie i nieprzyjemne, a on miał plany.

– Hermiona Granger jest uczennicą, Severusie. Utalentowaną czarownicą. Młodą kobietą pełną potencjału, którego nie można zmarnować, a ty stajesz jej na drodze.

Najchętniej przewróciłby oczami, ale nie zamierzał dawać Albusowi tej satysfakcji. Ukrywając dłonie pod biurkiem, zacisnął je w pięści. W myślach policzył do dziesięciu, patrząc swojemu przełożonemu prosto w oczy.

– Chodzi ci o ten szlaban? Zasłużyła sobie. I nie widzę powodów, dla których miałoby to stanąć na drodze jej świetlanej kariery – odparł chłodno. – Myślę, że jej to pomoże w ustalaniu priorytetów w przyszłości.

– Właśnie o te priorytety się martwię – westchnął ciężko Albus, a okulary połówki zsunęły mu się na czubek nosa. – To już drugi szlaban w tym miesiącu.

– Zasłużony.

– Severusie… Ja wiem, że przymykałem oko na twoje wybryki przez długie lata, ale… to przyjaciółka Harry’ego Pottera! Wiesz, co się stanie, gdy on się dowie?

Dźwięk, jaki wydał z siebie Severus, był czymś na pograniczu prychnięcia i śmiechu.

– To nie jest żadna tajemnica. Wie – tak samo jak połowa szkoły. I oczywiście się wściekał. Odebrałem Gryffindorowi punkty i się uspokoił. Po problemie.

Albus przez moment zbierał się w sobie. Składał i rozkładał dłonie. Bezradnie.

– Nie odwracaj kota ogonem! – poprosił tonem nieco spanikowanym. – Nie wolno ci… mieć niestosownych relacji z Hermioną Granger!

Severus westchnął z ulgą.

– O to ci chodziło! Już myślałem, że zaczynasz głupieć na starość. Granger jest pełnoletnia, w pełni świadoma konsekwencji swoich czynów i, co najważniejsze, dyskretna. A skoro nikt o tym nie wie, to nie ma też żadnych niestosownych relacji, nieprawdaż, Albusie?

Obaj cofnęli się w tym momencie myślami do podobnej rozmowy wiele lat wcześniej.

– Severusie – powiedział Albus – ja rozumiem, że jest ci ciężko, a panna Moore darzy cię sympatią, proszę jednak o dyskrecję. Upewnij się, czy ona tego na pewno chce. Nie zmuszaj jej do niczego. Dobrze, że jest już pełnoletnia… ale nikt nie może się dowiedzieć, bo obaj będziemy mieli kłopoty z radą nadzorczą. Bądź ostrożny. Jesteś nauczycielem eliksirów, ufam więc, że zadbasz o wasze bezpieczeństwo.

Severus nie próbował nawet zaprzeczyć.

– Skąd wiesz? – zapytał zdziwiony.

– Obrazy mi doniosły.

Po tamtej rozmowie pozbył się wszystkich obrazów ze swoich komnat i sali lekcyjnej. Nie wracali z Albusem więcej do tego tematu, choć przez te wszystkie lata wiele uczennic przewinęło się przez pokoje Severusa. Zawsze próbował je zniechęcić, ale nie mógł się poszczycić stuprocentową skutecznością. Wraz z upływem czasu stwierdzał, że nawet się specjalnie nie starał.

Nie bawił się już w wielogodzinne przekonywanie uczennic, że wdawanie się w romans z nauczycielem jest złym pomysłem. Najwięcej czasu zajmowało mu wyciągnięcie z nich, czego od niego chciały. A gdy to wyartykułowały, raczył je krótką acz treściwą mową o potencjalnych konsekwencjach. Jeśli oczekiwały w zamian lepszych ocen, od razu pozbawiał je złudzeń. Severus nie faworyzował nikogo poza uczniami własnego domu, ale to zdawało się należeć do jego charakteru i było elementem wewnętrznych rozgrywek między nauczycielami. Zazwyczaj to – jak i wyraźne zaznaczenie, że ta sytuacja nie jest przyszłościowa – wystarczało, by odstraszyć dziewczęta, które nie były nim na poważnie zainteresowane.

Przez lata udało mu się wysnuć teorię, dlaczego intrygował – wprawdzie nieliczne, ale wciąż – uczennice. Na początku swojej kariery nauczycielskiej miał niewiele ponad dwadzieścia lat, przez co w porównaniu do reszty nauczycieli, którzy byli w dość zaawansowanym wieku, mógł wydawać się atrakcyjny. Dziewczęta w tym wieku lubią też najwyraźniej typy mroczne i tajemnicze. Im więcej czasu mijało, tym szybciej odkrywał pewne tendencje – czytelniczki romansów widziały w nim bohatera tragicznego, którego ból duszy mogła uleczyć tylko prawdziwa miłość.

Severus nie był zainteresowany gmeraniem w swojej duszy. A tym bardziej nie zamierzał pozwalać na to komuś innemu. Korzystał jedynie z momentów, w których mógł skierować swoją uwagę na coś innego.

Wśród setek uczennic, które uczył, nie znalazła się ani jedna, którą zainteresowałby się sam z siebie. Brał, co mu dawano, i raczej nie wybrzydzał. Po kilkunastu latach sytuacja się jednak zmieniła.

– Nie ma mowy, Albusie – powiedział stanowczo. – Zawsze robię, czego chcesz, ale nie tym razem.

– Przysięgałeś mi posłuszeństwo, Severusie. – Głos dyrektora był łagodny, jakby kochający dziadek upominał ulubionego wnuka.

– Co ty oczywiście wyciągasz za każdym razem, gdy chcę żyć po swojemu. Nie tym razem. Będę robił z panną Granger, co nam obojgu się żywnie podoba, a ty nie będziesz się wtrącał. Poniosę konsekwencje nieposłuszeństwa. A teraz wybacz, mam szlaban do nadzorowania. – Podniósł się z fotela, by wyjść z gabinetu.

– Severusie, czy… ty zakochałeś się w pannie Granger?

Tak szczerego i głośnego śmiechu Albus nigdy u Mistrza Eliksirów nie słyszał.

– Merlinie, nie! Granger to nie Lily.

– Nawet po tym czasie? – zapytał Albus z troską.

Severus nie odpowiedział.

– Dobrze, ale… Harry nie może się dowiedzieć.

– Jednak robisz się stary, Albusie – stwierdził Severus – co czyni ciebie słabym ogniwem. O nas się nie martw.

Podejrzewał, że winien całej tej sytuacji był Zakon Feniksa, a może nawet jeszcze bardziej Voldemort. Po jego powrocie spędzał zdecydowanie za dużo czasu na Grimmauld Place. Spotkania z innymi członkami Zakonu ciągnęły się do późnych godzin nocnych, a Severus czasem zostawał chwilę dłużej, by napić się w spokoju herbaty. Do wyboru miał to lub powrót na Spinner’s End, gdzie czekał na niego Glizdogon. Musiał się uspokoić, nim wrócił do domu, żeby nie wzbudzać podejrzeń. I, o dziwo, właśnie na Grimmauld Place miał możliwość pobyć sam ze sobą. Molly zaganiała wszystkich do łóżek, a on zostawał sam w kuchni.

– O, przepraszam, profesorze Snape. Ja… chciałam tylko szklankę wody. Zaraz sobie pójdę.

Oczywiście, że zwróciła jego uwagę, nosząc tę skąpą mugolską piżamę. Był środek lata, więc krótkie spodenki i top na ramiączkach były poniekąd uzasadnione. Severus jednak nie widywał uczennic w takim wydaniu. Hermiona Granger bez szkolnych szat przestała w jego oczach być uczennicą, a przeistoczyła się w młodą kobietę, jedną z tych, które potajemnie gościł w swoich komnatach. Z daleka od szkolnych murów i bez mundurka stała się interesująca.

– Nie musi się pani spieszyć, panno Granger.

Nie spieszyła się. Zaparzyła dla niego kolejny kubek herbaty i, uzyskawszy jego zgodę, usiadła przy stole. Piła wodę powoli. Wyglądała na zamyśloną, ale nie rozmawiali, więc nie wiedział, co chodziło jej po głowie. Obejmowała szklankę obiema dłońmi, jakby się bała, że ta ucieknie. Severus obserwował dziewczynę pozornie neutralnym spojrzeniem. W końcu zniknął ostatni łyk wody i Granger wyszła z kuchni, życząc mu dobrej nocy.

Severus wrócił do domu, wspominając kołyszące się biodra dziewczyny i zesztywniałe od chłodu sutki, które nieudolnie próbowała zasłaniać ramionami.

Po spotkaniach Zakonu zawsze przychodziła do kuchni, by się czegoś napić. Za każdym razem zakładała szlafrok. Severus był rozczarowany. Siedzieli jednak razem i za każdym razem wymieniali coraz więcej słów, a gdy dyskusja się rozkręcała, szlafrok czasem zsuwał się z ramienia. Granger zdecydowanie nie próbowała go uwieść, ale Severus nie mógł przestać o niej myśleć. Któregoś wieczora, gdy oboje wstali od stołu w tym samym czasie i skierowali się do drzwi, a materiał znów obnażył jej ramię, Severus niemal automatycznie go poprawił. Dziewczyna oblała się rumieńcem.

– Przepraszam, panno Granger – powiedział, patrząc jej w oczy.

– Nie, nie… w porządku. Dobranoc, profesorze Snape.

Był pewien, że po tym incydencie zacznie go unikać. „Miałoby to pewne zalety”, pomyślał. „Przynajmniej Glizdogon nie będzie próbował zabijać mnie spojrzeniem.” Pettigrew był przekonany, że Severus chodził parę razy w tygodniu na dziwki i był wręcz zielony z zazdrości, bo żadna szanująca się prostytutka by na niego nawet nie spojrzała. Za pieniądze jednak nie dało się kupić wszystkiego. Szczurza aparycja Glizdogona obrzydzała nawet najbardziej sprzedajne i zdeterminowane kobiety.

Wbrew pozorom Granger była odważna. Wciąż się spotykali na herbatę. Szlafrok wciąż zsuwał się z ramienia – czasem z dwóch. Uroczo się rumieniła. Czasem jej stopa dotykała pod stołem jego nogi. Grzeczna kujonka lubiła igrać z ogniem. Severus nie rozumiał jej motywów – był pewien, że Granger i jej inteligencja są ponad tak niskimi instynktami. Okazało się jednak, że ona też była tylko człowiekiem ze słabościami, a Severus bezczelnie je wykorzystywał.

Za każdym razem wykonywał kolejny krok w jej kierunku. Miały i niezauważalny. Czasem nawet – pozornie – wymsknął mu się jakiś komplement, a dziewczyna promieniała. Gdy następnym razem poprawił jej zsunięty materiał szlafroka, próbowała go pocałować. Uniosła twarz w gotowości i wznosiła się na palcach, by być bliżej jego ust. Ujął jej twarz w swoje dłonie.

– Panno Granger… Hermiono – powiedział łagodnym tonem, jakiego od niego nigdy wcześniej nie słyszała. – Bardzo mi to pochlebia, ale oboje moglibyśmy wpaść w kłopoty. Niestety wciąż jesteś nieletnia.

– Rozumiem – odparła, opadając na pięty.

Miał nadzieję, że zrozumiała. Od wielu lat nikogo tak bardzo nie pragnął.

Lato się kończyło, a oni niedługo mieli wrócić do szkoły. Severusowi pozostawały jedynie fantazje na temat jego niespełna szesnastoletniej uczennicy.

Był pewien, że zapomniała. Że magia tych ukradzionych chwil na Grimmauld Place przeminęła bezpowrotnie. Minął ponad rok i pod koniec września pojawiła się w jego gabinecie.

– W czym mogę pani pomóc, panno Granger? – zapytał surowym tonem nauczyciela.

Uśmiechnęła się niepewnie.

– Skończyłam siedemnaście lat, profesorze. W świecie czarodziejów jestem już pełnoletnia. Jeśli więc jest pan wciąż zainteresowany, to ja… ja też jestem.

Mistrz szachownicy

 Kiedyś natrafiłam na artykuł o dziwnych teoriach z uniwersum HP. Oto jedna z nich. *** Wciąż pamiętał smak porażki. Ten strach, który ich...