Kiedyś natrafiłam na artykuł o dziwnych teoriach z uniwersum HP. Oto jedna z nich.
***
Wciąż pamiętał smak porażki. Ten strach, który ich wszystkich ogarnął, gdy Harry Potter poległ, a Tom Riddle wygrał. I on, Ronald Weasley, wiedział, że to wszystko jego wina. Za wszelką cenę musiał naprawić swoje błędy.
*
Zawsze chciał być kimś wielkim. Ważnym i znaczącym. I mógł. Posiadał wiedzę, której brakowało innym. Nazywali to intuicją. Geniuszem. A on jednak starał się, jak mógł, by nie stać w świetle reflektorów – dla bezpieczeństwa wszystkich. Zdecydował się na życie w Hogwarcie, sercu brytyjskiej magii, skąd mógł bez wzbudzania podejrzeń sterować wydarzeniami.
Jako wytrawny szachista Albus Dumbledore planował kilka ruchów naprzód. Obserwował zachowanie przeciwnika, by móc je wykorzystać na swoją korzyść. Poruszał się ostrożnie po szachownicy, by na razie nie stracić swoich pionków – wiedział, że będzie ich potrzebował później. Z tego powodu Tom Marvolo Riddle został przyjęty do Hogwartu i ukończył swoją edukację z wyśmienitymi wynikami, a każdy jego krok był uważnie obserwowany i analizowany. Albus Dumbledore powoli, po cichu tworzył swoją armię. Jak znienawidzone przez niego pająki tkał sieć, w którą łapał cenne figury na swoją szachownicę, by móc ich użyć, gdy nadejdzie pora.
Lord Voldemort rósł w siłę, Śmierciożercy siali terror, a Zakon Feniksa powoli przybierał swoją formę. Dobrzy ludzie, pełni miłości i gotowi do walki w każdej chwili. Weasleyowie, Longbottomowie, Potterowie. Ci, bez których plan nigdy nie mógłby się udać.
I oczywiście Severus Snape. Ta jedna figura-widmo, której nie potrafił przyporządkować jednej roli, bo Snape zdawał się być zarówno pionkiem, jak i królową. I skoczkiem. I wieżą. Gońcem. Tylko królem nie miał nigdy być. Króla się nie poświęca.
Albus Dumbledore wiedział, jakie cierpienia czekają Harry’ego Pottera, ale nie zdecydował się im zapobiec. Pozwolił wybrać Petera Pettigrew na Strażnika Tajemnicy, przez co zginęli Lily i James. Efektem kuli śnieżnej wiele losów zostało przypieczętowanych tamtej nocy. Tym razem jednak wiedział dokładnie, dlaczego tak się stało. Słowa przepowiedni wypowiedzianej przez Sybillę Trelawney prześladowały go o każdej porze dnia i nocy, a świadomość przewidzianego końca zatruwała mu sumienie, bo jedna z najdroższych jego sercu osób miała umrzeć.
Figury już stały na szachownicy, pierwsze ruchy zostały wykonane, a on teraz już wiedział, jaki ta gra będzie miała wynik. Pusta szachownica, dwóch króli stojących naprzeciwko siebie. Porażka – w najgorszym wypadku. W najlepszym – pat.
A Albus Dumbledore nie miał przed sobą tyle życia, by rozegrać tę rozgrywkę jeszcze raz.
Nastąpił najpiękniejszy okres w życiu Albusa, w którym Harry Potter, Ronald Weasley i Hermiona Granger rozpoczęli naukę w Hogwarcie. Dni pełne niespodzianek, niebezpieczeństw i przygód. Niewidzialny dla swoich uczniów przemierzał korytarze, ukradkiem obserwując, co też ta trójka znowu wymyśliła, a gdy nie mógł ich śledzić osobiście, portrety w zamku donosiły o każdym ich ruchu. Czasem Minerwa McGonagall przychodziła się poskarżyć.
– Albusie, za bardzo temu chłopcu pobłażasz. Ciągle pakuje się w sytuacje, które są zwyczajnie niebezpieczne! I jeszcze wciąga w to przyjaciół!
– Minerwo – wzdychał nieustannie, gdy zaczynała ten temat. – Takie już uroki młodości.
Potem wpadał jak burza Severus Snape, mrucząc coś pod nosem o „krnąbrnym, zarozumiałym chłopaku” i „braku szacunku”, a na końcu dodawał głośniej:
– Taki sam jak jego ojciec.
Na to Albus zwyczajowo wcale nie odpowiadał, bo Severus nie miał w zwyczaju przywiązywać wagi do jego słów.
Największą radość sprawiało mu jednak obserwowanie Hermiony Granger.
Nie było to trudne, bo – prawie – zawsze znajdowała się w pobliżu Harry’ego Pottera, więc mógł się jej bezkarnie przyglądać nawet w trakcie posiłków. Zauważał każdą zmianę, jaka w niej zachodziła. Każdy krok, który przybliżał ją do bycia kobietą – piękną i niezłomną. Najinteligentniejszą czarownicą od czasu Roweny Ravenclaw. Potem jego wzrok przenosił się na tego młodego głupca, jakim był Ronald Weasley. Albus się cieszył, że w tym wypadku głupota szła w parze tylko i wyłącznie z młodością, że Ronald miał z wiekiem nabrać rozumu… ale czekała go jeszcze długa droga. Tak samo jak ku sercu Hermiony.
Albus Dumbledore był zazdrosnym człowiekiem. Ogłupiałym z miłości starcem, który nie mógł powstrzymać przyspieszonego bicia serca na widok tej dziewczyny. Odebrano mu ją, zanim w ogóle stała się jego. Zazdrościł temu chłopcu, który miał przed sobą – przy odrobinie szczęścia – całe życie.
Podobno pierwsza miłość nigdy nie przemija – Albus zdecydowanie mógł to potwierdzić na własnym przykładzie. I to dla Hermiony – jeśli nie dla świata – musiał wygrać tę grę. Dać jej szansę na przeżycie jej własnego życia. I Ronaldowi.
Bo król miał nie zejść z szachownicy żywy.
Gdy jego własna głupota sprawiła, że dni Albusa stały się policzone, jego umysł szachisty zaczął obmyślać nową strategię. Już nie mógł czuwać nad tą trójką, nie mógł nimi potajemnie kierować. Powoli zaczął dzielić się z Harrym swoją wiedzą, rozmyślał nad podarunkiem dla Hermiony i zastanawiał się, jak doprowadzić do tego, by Ronald – najsłabsze ogniwo, a jednak niezastąpiona figura na tej szachownicy, bez której czekała ich tylko przegrana, bezlitosny szach-mat, upadek króla – zawsze wiedział, jak wrócić, by nie musieć być zdrajcą na zawsze.
Zegar tykał, czas Albusa Dumbledore’a się kończył.
Miał tylko tę jedną szansę, by naprawić swoje błędy.
Tamtej nocy, na szczycie Wieży Astronomicznej, całe życie przeleciało mu przed oczami.
Jego arogancja, gdy opuścił przyjaciół w potrzebie, a cały świat się zawalił.
Decyzje, za którymi podążała śmierć.
Jego brawura, gdy włamał się do Ministerstwa Magii, by naprawić swoje błędy.
Bicie serca, gdy ściskał w dłoni zmieniacz czasu.
Jego błaganie, gdy odnalazł Nicolasa Flamela i błagał go o łyk eliksiru życia.
Błogosławieństwo, które dostał na drogę.
Jego smutek, gdy ukradł życie chłopca zabitego przez swoją własną siostrę.
Ta chwila, w której Ronald Weasley stał się Albusem Dumbledorem.
Albus Dumbledore był odważny, jak odważny był Harry.
Albus Dumbledore był niezłomny, jak niezłomna była Hermiona.
Jak ona go nauczyła, ćwiczył bez końca to, czego nie potrafił. Uczył się.
A jak on go nauczył, nie wahał się przed niczym. Był gotowy na wszystko.
Cała trójka przysięgła zniszczyć Lorda Voldemorta, a że tylko on jako jedyny z nich przeżył, żył, jakby oni żyli w nim. Po tamtej przegranej wojnie nie zostało w nim wiele z Ronalda Weasleya.
Musiał wygrać, by oni mogli żyć. To było jedynym, co go w tamtym czasie napędzało.
Nie mógł zabić Toma Riddle’a, bo to za bardzo mogło zmienić ich przyszłość. Takie proste rozwiązanie było pułapką, w którą on nie zamierzał dać się złapać. Za to spędzał czas w bibliotece, by dowiedzieć się jak najwięcej o tym, czego nigdy go nie uczono – najmroczniejszej magii, z którą przyszło im wtedy i potem walczyć.
Między linijkami swojej ostatniej woli ukrył życzenie, by oni żyli. A potem dał Ronaldowi klucz do naprawy błędu, który popełnił. Albus Dumbledore umierał z nadzieją, że jego mały wynalazek – wygaszacz – zmieni losy świata. Gdyby się to nie wydarzyło…
Albus zamknął oczy, nim ugodził go zielony płomień morderczego zaklęcia.
…Ronald musiałby rozegrać partię Albusa jeszcze raz, i jeszcze raz, i jesz…
I słychać było tylko trzask łamanych kości, gdy ciało dyrektora uderzyło o ziemię u stóp Wieży Astronomicznej.