18/12/2022

To my mieliśmy być tymi dobrymi

Napisane rok temu, z różnych przyczyn aż do teraz niepublikowane. 

Dramione?

Miłego czytania i wesołych świąt!

Alina

***

– A niby to my mieliśmy być tymi dobrymi – powiedziała Hermiona, nie patrząc na swoich przyjaciół. W jej tonie można było wyczuć gorycz.

Tak jak reszta osób obecnych na balu świątecznym Ministerstwa wpatrywała się w młodego mężczyznę. Ubrany był w nienaganną i drogą, choć niezbyt rzucającą się w oczy, szatę wyjściową. Sięgające ramion włosy związał w kucyk, nieświadomie upodabniając się w tym do swojego ojca. Z biegiem lat coraz bardziej go przypominał. Hermiona nie wiedziała, czy to właśnie owe podobieństwo było powodem nieuprzejmego zachowania reszty gości, czy po prostu bezzasadnie korzystali oni z okazji, by upokorzyć mężczyznę. Wbić kolejną szpilę, choć minęło już tyle lat…

Stał spokojnie pod zaczarowaną jemiołą, jakby sam wybrał to miejsce i żadna magia go nie trzymała. Hermiona znała go jednak na tyle dobrze, by dostrzec u niego drobny tik nerwowy w okolicach lewego oka. Mężczyzna czekał cierpliwie. Tak jak go nauczono w dzieciństwie – nie okazywał słabości.

– Hermiono, daj spokój – odpowiedział Ron. – Zaraz pewnie przyjdzie Matylda i go uwolni. Jak całą resztę.

Ale pijana Matylda Hopkins stała w tłumie i również się śmiała. Najwyraźniej i ona nie zamierzała całować kogoś takiego.

– Walczyliśmy w wojnie o świat, w którym każdy miał być równy! – warknęła Hermiona z coraz większą złością. – Może od razu powinniśmy go spalić na stosie? On już dawno zapłacił za to, co zrobił. Uratował nam życie! A wy wciąż traktujecie go jak wroga publicznego numer jeden. Powinniście się wstydzić. Wszyscy powinniśmy się wstydzić – poprawiła się zmieszana.

– Zamierzasz teraz założyć jakiś Komitet Ochrony Malfoyów? – wtrącił się Harry. – Nawet nie próbuj mnie do niego zapisywać! Masz rację, Draco nie zasłużył na Azkaban, ale to nie wystarczający powód, by się tak unosić przez głupi dowcip. Chyba każdego już złapała ta cholerna jemioła.

– Ale tylko on nie ma nikogo, kto by go uwolnił. I tylko z niego wszyscy się śmieją.

– Ja go na pewno nie pocałuję! – zaprotestował Ron.

Hermiona przewróciła oczami.

– Niczego nie rozumiecie. Jak zawsze. Próbowałam wam tylko powiedzieć, że nikt nie zasługuje na to, by go tak poniżać.

– Ale co w tym poniżającego? Ja się tam nie czułem poniżony, jak mnie złapała… – powiedział Ron, potwierdzając tym słowa przyjaciółki.

Nie miała siły, by z nimi dyskutować. A z każdym wypowiedzianym słowem Draco Malfoy był coraz dłużej rozrywką dla tłumów.

Hermiona wiedziała, co powinna i co chciała zrobić. Nie była jednak pewna, jak on na to zareaguje. Nie byli przyjaciółmi; nawet się nie lubili. Choć przez te wszystkie lata jej stosunek do niego znacznie się zmienił, nie sądziła, by z jego strony wyglądało to tak samo. Doceniała, że ciężko pracował na to, gdzie się teraz – i nie miała tutaj na myśli jemioły – znajdował. Społeczeństwo czarodziejów pokazywało jednak w tej chwili, że dla nich był cały czas tym innym, tym złym.

A oni byli tymi dobrymi.

Dobro i zło czasem tak doskonale potrafiły udawać coś, czym nie są.

Ruszyła w stronę mężczyzny, będąc gotowa przyjąć wszelkie obelgi i przekleństwa, jakimi ją uraczy. Na pewno nie teraz, wśród świadków, jednak później, na osobności…

Wszystkie spojrzenia zwróciły się w jej stronę. Szepty wezbrały na sile. Potrafiła sobie wyobrazić, co mówili: „Bohaterka uratuje śmierciożercę? Co to za czasy nastały? A może mu w końcu pokaże, gdzie jego miejsce?” Każda wersja była obrzydliwa. Gdyby ktokolwiek miał w sobie choć odrobinę przyzwoitości, już dawno by go uwolnił. Sama za długo zwlekała, mając nadzieję, że ktoś inny to zrobi. Nie była lepsza. Była taka sama jak cała reszta.

A ponoć była tą dobrą. W ich oczach nawet najlepszą.

Brzydziła się sobą.

Była od niego oddalona ledwie o kilka kroków. Też na nią patrzył, jednak z jego oczu nie mogła odczytać, co myślał. Gdy stanęła bezpośrednio przed nim, musiała się mocno powstrzymywać, by nie zacząć go przepraszać za to, co zaraz zrobi.

Musiała stanąć na palcach, by dosięgnąć swoimi ustami jego. Nie próbował się bronić. Nie powiedział ani słowa. Położyła dłoń na jego ramieniu, by nie stracić równowagi i nadszedł ten moment. Pocałowała go. Może o ułamek sekundy dłużej niż było to konieczne. Zaklęcie zostało przerwane i Draco mógł odejść.

– Dziękuję – powiedział lekko zachrypniętym głosem. – Masz ochotę na szklaneczkę ponczu?

– Chętnie – odpowiedziała, siląc się na neutralny ton.

Zaoferował jej ramię, które przyjęła. Skierowali się do stołu z napojami, a tłum przed nimi się rozstąpił.

– Merlinie, jak ja tego nienawidzę – stwierdził cicho. – Zachowują się, jakbym był zwierzęciem na wystawie. Albo obrazem. Problem polega na tym, że wydaje im się, że mogę wybuchnąć w każdej chwili.

– Przepraszam, nie chciałam… – zaczęła.

Popatrzył na nią, podając jej napój.

– Za co mnie przepraszasz? Mogłaś uratować mnie z litości, ale przynajmniej to zrobiłaś. I tobie jednej ufam na tyle, że wiem, że nie zrobiłaś tego dla żartu. Jesteś na to zbyt szlachetna.

Prychnęła.

– Gdybym była taka szlachetna, nie wahałabym się ani sekundy. Draco, ja… ja naprawdę podziwiam to, co osiągnąłeś. Że się nie poddałeś. I nie dałeś nikomu satysfakcji. Tak sobie myślałam… Nieważne – przerwała sobie samej. – Dziękuję za poncz.

Odwróciła się i odeszła, wciąż trzymając szklankę w dłoni. Palce zaciskały się na niej mocno.

Bo co miała mu powiedzieć? Że niemal każdego dnia żałowała, że urodzili się w tak różnych rodzinach, bo pod tyloma względami byli do siebie tacy podobni? Że tak dobrze by do siebie pasowali?

Nie mogła mu tego powiedzieć.

On był tym złym, a ona tą dobrą.

To nie mogło się udać.

Nie mogło, prawda?

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mistrz szachownicy

 Kiedyś natrafiłam na artykuł o dziwnych teoriach z uniwersum HP. Oto jedna z nich. *** Wciąż pamiętał smak porażki. Ten strach, który ich...