18/12/2022

To my mieliśmy być tymi dobrymi

Napisane rok temu, z różnych przyczyn aż do teraz niepublikowane. 

Dramione?

Miłego czytania i wesołych świąt!

Alina

***

– A niby to my mieliśmy być tymi dobrymi – powiedziała Hermiona, nie patrząc na swoich przyjaciół. W jej tonie można było wyczuć gorycz.

Tak jak reszta osób obecnych na balu świątecznym Ministerstwa wpatrywała się w młodego mężczyznę. Ubrany był w nienaganną i drogą, choć niezbyt rzucającą się w oczy, szatę wyjściową. Sięgające ramion włosy związał w kucyk, nieświadomie upodabniając się w tym do swojego ojca. Z biegiem lat coraz bardziej go przypominał. Hermiona nie wiedziała, czy to właśnie owe podobieństwo było powodem nieuprzejmego zachowania reszty gości, czy po prostu bezzasadnie korzystali oni z okazji, by upokorzyć mężczyznę. Wbić kolejną szpilę, choć minęło już tyle lat…

Stał spokojnie pod zaczarowaną jemiołą, jakby sam wybrał to miejsce i żadna magia go nie trzymała. Hermiona znała go jednak na tyle dobrze, by dostrzec u niego drobny tik nerwowy w okolicach lewego oka. Mężczyzna czekał cierpliwie. Tak jak go nauczono w dzieciństwie – nie okazywał słabości.

– Hermiono, daj spokój – odpowiedział Ron. – Zaraz pewnie przyjdzie Matylda i go uwolni. Jak całą resztę.

Ale pijana Matylda Hopkins stała w tłumie i również się śmiała. Najwyraźniej i ona nie zamierzała całować kogoś takiego.

– Walczyliśmy w wojnie o świat, w którym każdy miał być równy! – warknęła Hermiona z coraz większą złością. – Może od razu powinniśmy go spalić na stosie? On już dawno zapłacił za to, co zrobił. Uratował nam życie! A wy wciąż traktujecie go jak wroga publicznego numer jeden. Powinniście się wstydzić. Wszyscy powinniśmy się wstydzić – poprawiła się zmieszana.

– Zamierzasz teraz założyć jakiś Komitet Ochrony Malfoyów? – wtrącił się Harry. – Nawet nie próbuj mnie do niego zapisywać! Masz rację, Draco nie zasłużył na Azkaban, ale to nie wystarczający powód, by się tak unosić przez głupi dowcip. Chyba każdego już złapała ta cholerna jemioła.

– Ale tylko on nie ma nikogo, kto by go uwolnił. I tylko z niego wszyscy się śmieją.

– Ja go na pewno nie pocałuję! – zaprotestował Ron.

Hermiona przewróciła oczami.

– Niczego nie rozumiecie. Jak zawsze. Próbowałam wam tylko powiedzieć, że nikt nie zasługuje na to, by go tak poniżać.

– Ale co w tym poniżającego? Ja się tam nie czułem poniżony, jak mnie złapała… – powiedział Ron, potwierdzając tym słowa przyjaciółki.

Nie miała siły, by z nimi dyskutować. A z każdym wypowiedzianym słowem Draco Malfoy był coraz dłużej rozrywką dla tłumów.

Hermiona wiedziała, co powinna i co chciała zrobić. Nie była jednak pewna, jak on na to zareaguje. Nie byli przyjaciółmi; nawet się nie lubili. Choć przez te wszystkie lata jej stosunek do niego znacznie się zmienił, nie sądziła, by z jego strony wyglądało to tak samo. Doceniała, że ciężko pracował na to, gdzie się teraz – i nie miała tutaj na myśli jemioły – znajdował. Społeczeństwo czarodziejów pokazywało jednak w tej chwili, że dla nich był cały czas tym innym, tym złym.

A oni byli tymi dobrymi.

Dobro i zło czasem tak doskonale potrafiły udawać coś, czym nie są.

Ruszyła w stronę mężczyzny, będąc gotowa przyjąć wszelkie obelgi i przekleństwa, jakimi ją uraczy. Na pewno nie teraz, wśród świadków, jednak później, na osobności…

Wszystkie spojrzenia zwróciły się w jej stronę. Szepty wezbrały na sile. Potrafiła sobie wyobrazić, co mówili: „Bohaterka uratuje śmierciożercę? Co to za czasy nastały? A może mu w końcu pokaże, gdzie jego miejsce?” Każda wersja była obrzydliwa. Gdyby ktokolwiek miał w sobie choć odrobinę przyzwoitości, już dawno by go uwolnił. Sama za długo zwlekała, mając nadzieję, że ktoś inny to zrobi. Nie była lepsza. Była taka sama jak cała reszta.

A ponoć była tą dobrą. W ich oczach nawet najlepszą.

Brzydziła się sobą.

Była od niego oddalona ledwie o kilka kroków. Też na nią patrzył, jednak z jego oczu nie mogła odczytać, co myślał. Gdy stanęła bezpośrednio przed nim, musiała się mocno powstrzymywać, by nie zacząć go przepraszać za to, co zaraz zrobi.

Musiała stanąć na palcach, by dosięgnąć swoimi ustami jego. Nie próbował się bronić. Nie powiedział ani słowa. Położyła dłoń na jego ramieniu, by nie stracić równowagi i nadszedł ten moment. Pocałowała go. Może o ułamek sekundy dłużej niż było to konieczne. Zaklęcie zostało przerwane i Draco mógł odejść.

– Dziękuję – powiedział lekko zachrypniętym głosem. – Masz ochotę na szklaneczkę ponczu?

– Chętnie – odpowiedziała, siląc się na neutralny ton.

Zaoferował jej ramię, które przyjęła. Skierowali się do stołu z napojami, a tłum przed nimi się rozstąpił.

– Merlinie, jak ja tego nienawidzę – stwierdził cicho. – Zachowują się, jakbym był zwierzęciem na wystawie. Albo obrazem. Problem polega na tym, że wydaje im się, że mogę wybuchnąć w każdej chwili.

– Przepraszam, nie chciałam… – zaczęła.

Popatrzył na nią, podając jej napój.

– Za co mnie przepraszasz? Mogłaś uratować mnie z litości, ale przynajmniej to zrobiłaś. I tobie jednej ufam na tyle, że wiem, że nie zrobiłaś tego dla żartu. Jesteś na to zbyt szlachetna.

Prychnęła.

– Gdybym była taka szlachetna, nie wahałabym się ani sekundy. Draco, ja… ja naprawdę podziwiam to, co osiągnąłeś. Że się nie poddałeś. I nie dałeś nikomu satysfakcji. Tak sobie myślałam… Nieważne – przerwała sobie samej. – Dziękuję za poncz.

Odwróciła się i odeszła, wciąż trzymając szklankę w dłoni. Palce zaciskały się na niej mocno.

Bo co miała mu powiedzieć? Że niemal każdego dnia żałowała, że urodzili się w tak różnych rodzinach, bo pod tyloma względami byli do siebie tacy podobni? Że tak dobrze by do siebie pasowali?

Nie mogła mu tego powiedzieć.

On był tym złym, a ona tą dobrą.

To nie mogło się udać.

Nie mogło, prawda?

 

10/09/2022

O czym milczy regulamin

 

– Nie możesz tego kontynuować, Severusie.

Zatroskane spojrzenie, jakim obdarzył go Albus Dumbledore, wywołało nieprzyjemne uczucie w żołądku Mistrza Eliksirów. Zwykle po takim wstępie następowała niekończąca się, głęboka przemowa na temat większego dobra i konieczności dbania o siebie i bliźnich – rzeczy, które Severusa nie obchodziły.

– O czym tym razem mówisz? – Nie krył irytacji. Te rozmowy zwykle były długie i nieprzyjemne, a on miał plany.

– Hermiona Granger jest uczennicą, Severusie. Utalentowaną czarownicą. Młodą kobietą pełną potencjału, którego nie można zmarnować, a ty stajesz jej na drodze.

Najchętniej przewróciłby oczami, ale nie zamierzał dawać Albusowi tej satysfakcji. Ukrywając dłonie pod biurkiem, zacisnął je w pięści. W myślach policzył do dziesięciu, patrząc swojemu przełożonemu prosto w oczy.

– Chodzi ci o ten szlaban? Zasłużyła sobie. I nie widzę powodów, dla których miałoby to stanąć na drodze jej świetlanej kariery – odparł chłodno. – Myślę, że jej to pomoże w ustalaniu priorytetów w przyszłości.

– Właśnie o te priorytety się martwię – westchnął ciężko Albus, a okulary połówki zsunęły mu się na czubek nosa. – To już drugi szlaban w tym miesiącu.

– Zasłużony.

– Severusie… Ja wiem, że przymykałem oko na twoje wybryki przez długie lata, ale… to przyjaciółka Harry’ego Pottera! Wiesz, co się stanie, gdy on się dowie?

Dźwięk, jaki wydał z siebie Severus, był czymś na pograniczu prychnięcia i śmiechu.

– To nie jest żadna tajemnica. Wie – tak samo jak połowa szkoły. I oczywiście się wściekał. Odebrałem Gryffindorowi punkty i się uspokoił. Po problemie.

Albus przez moment zbierał się w sobie. Składał i rozkładał dłonie. Bezradnie.

– Nie odwracaj kota ogonem! – poprosił tonem nieco spanikowanym. – Nie wolno ci… mieć niestosownych relacji z Hermioną Granger!

Severus westchnął z ulgą.

– O to ci chodziło! Już myślałem, że zaczynasz głupieć na starość. Granger jest pełnoletnia, w pełni świadoma konsekwencji swoich czynów i, co najważniejsze, dyskretna. A skoro nikt o tym nie wie, to nie ma też żadnych niestosownych relacji, nieprawdaż, Albusie?

Obaj cofnęli się w tym momencie myślami do podobnej rozmowy wiele lat wcześniej.

– Severusie – powiedział Albus – ja rozumiem, że jest ci ciężko, a panna Moore darzy cię sympatią, proszę jednak o dyskrecję. Upewnij się, czy ona tego na pewno chce. Nie zmuszaj jej do niczego. Dobrze, że jest już pełnoletnia… ale nikt nie może się dowiedzieć, bo obaj będziemy mieli kłopoty z radą nadzorczą. Bądź ostrożny. Jesteś nauczycielem eliksirów, ufam więc, że zadbasz o wasze bezpieczeństwo.

Severus nie próbował nawet zaprzeczyć.

– Skąd wiesz? – zapytał zdziwiony.

– Obrazy mi doniosły.

Po tamtej rozmowie pozbył się wszystkich obrazów ze swoich komnat i sali lekcyjnej. Nie wracali z Albusem więcej do tego tematu, choć przez te wszystkie lata wiele uczennic przewinęło się przez pokoje Severusa. Zawsze próbował je zniechęcić, ale nie mógł się poszczycić stuprocentową skutecznością. Wraz z upływem czasu stwierdzał, że nawet się specjalnie nie starał.

Nie bawił się już w wielogodzinne przekonywanie uczennic, że wdawanie się w romans z nauczycielem jest złym pomysłem. Najwięcej czasu zajmowało mu wyciągnięcie z nich, czego od niego chciały. A gdy to wyartykułowały, raczył je krótką acz treściwą mową o potencjalnych konsekwencjach. Jeśli oczekiwały w zamian lepszych ocen, od razu pozbawiał je złudzeń. Severus nie faworyzował nikogo poza uczniami własnego domu, ale to zdawało się należeć do jego charakteru i było elementem wewnętrznych rozgrywek między nauczycielami. Zazwyczaj to – jak i wyraźne zaznaczenie, że ta sytuacja nie jest przyszłościowa – wystarczało, by odstraszyć dziewczęta, które nie były nim na poważnie zainteresowane.

Przez lata udało mu się wysnuć teorię, dlaczego intrygował – wprawdzie nieliczne, ale wciąż – uczennice. Na początku swojej kariery nauczycielskiej miał niewiele ponad dwadzieścia lat, przez co w porównaniu do reszty nauczycieli, którzy byli w dość zaawansowanym wieku, mógł wydawać się atrakcyjny. Dziewczęta w tym wieku lubią też najwyraźniej typy mroczne i tajemnicze. Im więcej czasu mijało, tym szybciej odkrywał pewne tendencje – czytelniczki romansów widziały w nim bohatera tragicznego, którego ból duszy mogła uleczyć tylko prawdziwa miłość.

Severus nie był zainteresowany gmeraniem w swojej duszy. A tym bardziej nie zamierzał pozwalać na to komuś innemu. Korzystał jedynie z momentów, w których mógł skierować swoją uwagę na coś innego.

Wśród setek uczennic, które uczył, nie znalazła się ani jedna, którą zainteresowałby się sam z siebie. Brał, co mu dawano, i raczej nie wybrzydzał. Po kilkunastu latach sytuacja się jednak zmieniła.

– Nie ma mowy, Albusie – powiedział stanowczo. – Zawsze robię, czego chcesz, ale nie tym razem.

– Przysięgałeś mi posłuszeństwo, Severusie. – Głos dyrektora był łagodny, jakby kochający dziadek upominał ulubionego wnuka.

– Co ty oczywiście wyciągasz za każdym razem, gdy chcę żyć po swojemu. Nie tym razem. Będę robił z panną Granger, co nam obojgu się żywnie podoba, a ty nie będziesz się wtrącał. Poniosę konsekwencje nieposłuszeństwa. A teraz wybacz, mam szlaban do nadzorowania. – Podniósł się z fotela, by wyjść z gabinetu.

– Severusie, czy… ty zakochałeś się w pannie Granger?

Tak szczerego i głośnego śmiechu Albus nigdy u Mistrza Eliksirów nie słyszał.

– Merlinie, nie! Granger to nie Lily.

– Nawet po tym czasie? – zapytał Albus z troską.

Severus nie odpowiedział.

– Dobrze, ale… Harry nie może się dowiedzieć.

– Jednak robisz się stary, Albusie – stwierdził Severus – co czyni ciebie słabym ogniwem. O nas się nie martw.

Podejrzewał, że winien całej tej sytuacji był Zakon Feniksa, a może nawet jeszcze bardziej Voldemort. Po jego powrocie spędzał zdecydowanie za dużo czasu na Grimmauld Place. Spotkania z innymi członkami Zakonu ciągnęły się do późnych godzin nocnych, a Severus czasem zostawał chwilę dłużej, by napić się w spokoju herbaty. Do wyboru miał to lub powrót na Spinner’s End, gdzie czekał na niego Glizdogon. Musiał się uspokoić, nim wrócił do domu, żeby nie wzbudzać podejrzeń. I, o dziwo, właśnie na Grimmauld Place miał możliwość pobyć sam ze sobą. Molly zaganiała wszystkich do łóżek, a on zostawał sam w kuchni.

– O, przepraszam, profesorze Snape. Ja… chciałam tylko szklankę wody. Zaraz sobie pójdę.

Oczywiście, że zwróciła jego uwagę, nosząc tę skąpą mugolską piżamę. Był środek lata, więc krótkie spodenki i top na ramiączkach były poniekąd uzasadnione. Severus jednak nie widywał uczennic w takim wydaniu. Hermiona Granger bez szkolnych szat przestała w jego oczach być uczennicą, a przeistoczyła się w młodą kobietę, jedną z tych, które potajemnie gościł w swoich komnatach. Z daleka od szkolnych murów i bez mundurka stała się interesująca.

– Nie musi się pani spieszyć, panno Granger.

Nie spieszyła się. Zaparzyła dla niego kolejny kubek herbaty i, uzyskawszy jego zgodę, usiadła przy stole. Piła wodę powoli. Wyglądała na zamyśloną, ale nie rozmawiali, więc nie wiedział, co chodziło jej po głowie. Obejmowała szklankę obiema dłońmi, jakby się bała, że ta ucieknie. Severus obserwował dziewczynę pozornie neutralnym spojrzeniem. W końcu zniknął ostatni łyk wody i Granger wyszła z kuchni, życząc mu dobrej nocy.

Severus wrócił do domu, wspominając kołyszące się biodra dziewczyny i zesztywniałe od chłodu sutki, które nieudolnie próbowała zasłaniać ramionami.

Po spotkaniach Zakonu zawsze przychodziła do kuchni, by się czegoś napić. Za każdym razem zakładała szlafrok. Severus był rozczarowany. Siedzieli jednak razem i za każdym razem wymieniali coraz więcej słów, a gdy dyskusja się rozkręcała, szlafrok czasem zsuwał się z ramienia. Granger zdecydowanie nie próbowała go uwieść, ale Severus nie mógł przestać o niej myśleć. Któregoś wieczora, gdy oboje wstali od stołu w tym samym czasie i skierowali się do drzwi, a materiał znów obnażył jej ramię, Severus niemal automatycznie go poprawił. Dziewczyna oblała się rumieńcem.

– Przepraszam, panno Granger – powiedział, patrząc jej w oczy.

– Nie, nie… w porządku. Dobranoc, profesorze Snape.

Był pewien, że po tym incydencie zacznie go unikać. „Miałoby to pewne zalety”, pomyślał. „Przynajmniej Glizdogon nie będzie próbował zabijać mnie spojrzeniem.” Pettigrew był przekonany, że Severus chodził parę razy w tygodniu na dziwki i był wręcz zielony z zazdrości, bo żadna szanująca się prostytutka by na niego nawet nie spojrzała. Za pieniądze jednak nie dało się kupić wszystkiego. Szczurza aparycja Glizdogona obrzydzała nawet najbardziej sprzedajne i zdeterminowane kobiety.

Wbrew pozorom Granger była odważna. Wciąż się spotykali na herbatę. Szlafrok wciąż zsuwał się z ramienia – czasem z dwóch. Uroczo się rumieniła. Czasem jej stopa dotykała pod stołem jego nogi. Grzeczna kujonka lubiła igrać z ogniem. Severus nie rozumiał jej motywów – był pewien, że Granger i jej inteligencja są ponad tak niskimi instynktami. Okazało się jednak, że ona też była tylko człowiekiem ze słabościami, a Severus bezczelnie je wykorzystywał.

Za każdym razem wykonywał kolejny krok w jej kierunku. Miały i niezauważalny. Czasem nawet – pozornie – wymsknął mu się jakiś komplement, a dziewczyna promieniała. Gdy następnym razem poprawił jej zsunięty materiał szlafroka, próbowała go pocałować. Uniosła twarz w gotowości i wznosiła się na palcach, by być bliżej jego ust. Ujął jej twarz w swoje dłonie.

– Panno Granger… Hermiono – powiedział łagodnym tonem, jakiego od niego nigdy wcześniej nie słyszała. – Bardzo mi to pochlebia, ale oboje moglibyśmy wpaść w kłopoty. Niestety wciąż jesteś nieletnia.

– Rozumiem – odparła, opadając na pięty.

Miał nadzieję, że zrozumiała. Od wielu lat nikogo tak bardzo nie pragnął.

Lato się kończyło, a oni niedługo mieli wrócić do szkoły. Severusowi pozostawały jedynie fantazje na temat jego niespełna szesnastoletniej uczennicy.

Był pewien, że zapomniała. Że magia tych ukradzionych chwil na Grimmauld Place przeminęła bezpowrotnie. Minął ponad rok i pod koniec września pojawiła się w jego gabinecie.

– W czym mogę pani pomóc, panno Granger? – zapytał surowym tonem nauczyciela.

Uśmiechnęła się niepewnie.

– Skończyłam siedemnaście lat, profesorze. W świecie czarodziejów jestem już pełnoletnia. Jeśli więc jest pan wciąż zainteresowany, to ja… ja też jestem.

25/08/2022

Obiecuję


Serdecznie witam Was na moim nowym blogu!

Niewykluczone, że niektóre teksty znacie z forum Mirriel czy też bloga Cose Eterne, gdzie swojego czasu je publikowałam. Z czasem pojawią się tutaj wszystkie teksty archiwalne, ale również niepublikowane wcześniej nowości.

Zapraszam do czytania i komentowania!

Alina

***

Hermiona, odkąd go tylko poznała, kochała Ronalda Weasleya. Od tego momentu, gdy spotkała go w pociągu do Hogwartu, szukając ropuchy Neville’a, i zobaczyła go umorusanego czekoladową żabą. Choć nie, wtedy go jeszcze nie kochała. Wtedy dopiero wzbudził jej zainteresowanie. Potem się zaprzyjaźnili, a miłość pojawiła się ot tak, znikąd, bez ostrzeżenia. I choć Hermiona uwielbiała logikę, zazwyczaj to nią kierowała się w życiu, ta tym razem ją zawiodła. Miłość logice nie podlegała. A już szczególnie ta. Nie zaskoczyło to Hermiony, bo już od dzieciństwa wiedziała, że na świecie istnieją rzeczy, o których nie śniło się filozofom – rzeczy, których nie dało się logicznie wyjaśnić. Jak magia. I miłość właśnie.

Miej więcej w tym samym czasie, gdy ona i Ron zaczęli tworzyć ten nielogiczny związek, Harry i Ginny po wielu latach zabawy w kotka i myszkę również znaleźli drogę do siebie. Hermiona zawsze czuła pewien niesmak, że tych dwoje nie potrafi odkleić od siebie rąk. O trzymaniu ich przy sobie w ogóle nie było mowy, chyba że przy sobie nawzajem. Rona obrzydzało, że jego mała siostrzyczka obściskiwała się publicznie z jego najlepszym przyjacielem. Sam nie zdawał sobie sprawy, że wcześniej wyprawiał dokładnie to samo, jeśli nie więcej, z Lavender. Ale z Hermioną nie było o tym mowy. Bo Hermiona była „porządna” (teraz parsknęła ze śmiechu na samą tę myśl), „zdystansowana” i „zimna” (temu określeniu musiała przyznać rację, niemniej uważała to za świetny wstęp do dyskusji na temat swojej seksualności i związku z Ronaldem). Hermiona kochała Rona, choć czasem sama miłość nie wystarcza, by okryć niedoskonałości różową mgiełką. Gdzieś tam jednak logika nie pozwoliła o sobie zapomnieć.

 

– Hermiono! – krzyknął Ron podekscytowany. – Mam dla ciebie prezent!

Dziewczyna nie podzielała jego uczuć. Gdy ostatnio przeszczęśliwy obdarował ją na święta, dostała okropną pomarańczową szatę Armat Chudleya, by razem mogli kibicować drużynie na kolejnych meczach. A jednak uśmiechnęła się i podniosła głowę sponad książki, którą właśnie czytała.

– Co takiego?

– Wynająłem nam domek na weekend! Będziemy mogli spędzić trochę czasu sami tuż przed powrotem do szkoły!

– Ron! – Hermiona aż pisnęła z radości i podskoczyła, odrzucając książkę na łóżko. – Ron! – objęła go. – Ron! Och, jak cudownie! Gdzie?

– W pobliżu Annestown, w Irlandii, nad morzem – odparł, wypinając dumnie pierś.

Hermiona stanęła na palcach i pocałowała go. Sama nie mogła uwierzyć, że aż tak ją uszczęśliwił. Tak bardzo chciała odpocząć po tej całej okropnej wojnie i nabrać dystansu przed nowym rokiem szkolnym. Ich ostatnim. Ile czasu i nerwów ją kosztowało, by przekonać Rona do powrotu! Naprawdę chciała spędzić czas z nim i Harrym i wreszcie móc beztrosko się uczyć, by później objąć posadę w Ministerstwie. A potem mieli wziąć ślub. Ron nie wyobrażał sobie tego inaczej, choć do tej pory się jej nie oświadczył. Może miał taki zamiar w trakcie ich krótkich wakacji?

 

Teleportowali się do lasu niedaleko Annestown, skąd zamierzali pójść do miasta, by kupić potrzebne im na te dwa dni rzeczy. Hermiona była zachwycona piękną pogodą, obecnością Rona trzymającego ją za rękę i perspektywą oderwania się od rzeczywistości. Już z daleka czuła zapach morza; w piasku w lesie między igliwiem i szyszkami leżały muszle. Wciągnęła mocno powietrze, przymknęła oczy i pomyślała, że to najpiękniejsza chwila, jaką przeżyła od lat.

Ron opowiadał jej, co będą robić. Obiecał, że to on będzie gotował, a ona będzie się relaksować. Będą siedzieć na plaży, pływać i rozmawiać. Brzmiało to jak marzenie. Hermiona tylko przytakiwała mu z uśmiechem, świadoma, że może lepiej by było, gdyby to jednak ona gotowała. Nie wiedziała jednak, że Molly Weasley wyposażyła syna w słoiki z gotowymi domowymi sosami i wskazówki, jak i z czym je połączyć, by stworzyły kompletne danie.

Choć Ron często sprawiał wrażenie półgłupka z wrażliwością ameby, w ostatnim czasie okazywał Hermionie sporo uczuć. Teraz chciał jej pokazać, że potrafi być romantyczny. Może nie był takim geniuszem jak jego dziewczyna, ale ją kochał. A to przecież było najważniejsze.

W mieście zamierzali tylko kupić świeże pieczywo, masło i wino. I świece, których Ron zapomniał zabrać z domu. Tylko trochę marudził, że nie mogli wylądować bliżej i musieli przejść kilka kilometrów w dół, a potem kilka kolejnych w górę. Annestown było miastem tak mugolskim, jak tylko mogło być. Magia nie wchodziła w rachubę.

 

Zjedli miły obiad złożony z owoców morza, po czym wspięli się na klif, na którym znajdował się ich domek. Widok zapierał dech w piersiach. Bezkresne morze i przepaść tuż przed stopami Hermiony. I ten wiatr, który rozwiewał jej włosy. Ron objął ją od tyłu i wtulił twarz w jej szyję. Weekend zapowiadał się cudownie.

 

– Hermiono… Kocham cię – szepnął, gdy leżeli wieczorem w łóżku.

– Ja ciebie też, Ron.

Usta Rona delikatnie dotknęły ust Hermiony. Przyciągnął ją bliżej, nie przestając jej całować, a jego dłonie błądziły po jej plecach. Hermiona nie potrafiła wyłączyć myślenia. Wiedziała, do czego Ron dążył. I po szybkim rozważeniu wszystkich za i przeciw stwierdziła, że byli razem, kochali się, więc dlaczego nie? Kiedyś musiało się to zdarzyć. Nie oponowała więc, gdy Ron gładził ją po udach i pośladkach. Ani gdy zdjął jej majtki i palcami stymulował jej łechtaczkę, a ustami wessał się w jej pierś. Nawet ją to w jakiś sposób podniecało, choć wyobrażała sobie to wszystko całkiem inaczej. Więcej pasji, więcej żaru. W końcu Ron zdjął również swoje spodnie od piżamy i poczuła jego penisa we wzwodzie między swoimi udami. Ron całował ją coraz mocniej i jednocześnie próbował w nią wejść. Gdy mu się to udało, pisnęła cienko. Poruszał się w niej, najpierw powoli, a potem coraz szybciej. Po tej pierwszej chwili bólu z każdym ruchem sprawiało jej to coraz mniejszy dyskomfort. W końcu Ron osiągnął szczyt i w ten właśnie sposób pozbawił Hermionę Granger dziewictwa. Po wszystkim wtulił się w nią.

– Było ci dobrze? – zapytał z troską.

– Tak – odparła. – Było mi dobrze, Ron.

I właściwie nie kłamała, nawet jeśli wyobrażała sobie całą sytuację zupełnie inaczej.

 

Przez resztę wyjazdu Ron był bardzo zadowolony z siebie. Karmił Hermionę, która dziwnie się czuła, bo dopiero następnego dnia odkryła, jakie są konsekwencje seksu. Ledwo mogła chodzić, bo bolało ją krocze. Ron, zgodnie z zasadą „pierwsze koty za płoty”, na krótko przed teleportacją do domu postanowił skonfrontować Hermionę jeszcze raz ze swoją męskością. I powiedział, że nie może się już doczekać ich wspólnych wieczorów w dormitorium prefektów.

Hermiona pocieszała się, że z każdym kolejnym razem będzie coraz lepiej, w końcu początki zawsze są trudne.

 

Pierwszego wieczoru w Hogwarcie Hermiona zaprosiła do siebie Ginny. Młodsza dziewczyna przeszmuglowała butelkę wina, by łatwiej było im, a raczej Hermionie, rozmawiać. Po pierwszym kieliszku rozwiązał się jej język i opowiedziała Ginny o swoich doświadczeniach z jej bratem.

– Nie martw się – pocieszyła ją przyjaciółka. – Na początku zawsze tak jest. Potem z każdym razem będzie coraz lepiej. Z Harrym też mieliśmy małe problemy, ale teraz jest cudownie. Zresztą Ron, choć to obrzydliwe o tym myśleć, nie może być aż taki zły, skoro Lavender była nim tak zachwycona. Ale z drugiej strony… kto wie… może nie miała zbyt dużych wymagań. Będzie dobrze, Hermiono.

– Dziękuję, Ginny. Wiesz co? Może po prostu więcej na ten temat poczytam!

Obie wybuchnęły śmiechem i nalały sobie po kolejnym kieliszku.

 

Od pierwszego tygodnia w szkole Hermiona miała wrażenie, że ktoś ją śledzi. Na każdym kroku czuła się obserwowana, ale gdy się odwracała, nikogo nie było w zasięgu jej wzroku. Tego wieczoru było podobnie. Wracała właśnie z biblioteki tuż przed ciszą nocną, gdy poczuła na sobie czyjeś natarczywe spojrzenie. Przyspieszyła kroku, by jak najszybciej znaleźć się w wieży Gryffindoru. Jej kroki odbijały się echem po pustym korytarzu, co tylko wzmagało jej niepokój.

– Miona!

Serce nieomal stanęło jej ze strachu.

– Ron! Wystraszyłeś mnie!

– Szukałem cię wszędzie – powiedział jej chłopak i uśmiechnął się tajemniczo. – Chodź!

Pociągnął ją za rękę i poprowadził do pustej sali transmutacji. Tam oparł ją o ścianę i wpił się w jej usta. Hermiona jęknęła, poniekąd z przyjemności, a poniekąd z zaskoczenia. W ostatnich tygodniach Ron zaskakiwał ją niemal w każdej wolnej chwili w jej pokoju prefekta, ale jeszcze nigdy w miejscu, bądź co bądź, publicznym. Wiedział, że nie lubiła manifestować ich związku. A teraz wsunął rękę pod jej spódnicę i nie trwało to długo, gdy wsadził dłoń w majtki Hermiony. Po chwili jego palce znalazły się w jej waginie i jęknęła jeszcze raz. Druga ręka Rona zawędrowała pod sweter, by pieścić piersi dziewczyny. Gdy tylko poczuł, że Hermiona wilgotnieje, zsunął jej majtki, po czym rozpiął rozporek i przeszedł do rzeczy. Po paru minutach szybkich pchnięć Ron osiągnął swój cel. Hermionie ledwo zdążył przyspieszyć oddech.

W końcu chłopak ją pocałował.

– Byłaś cudowna. Wracamy do dormitorium?

Hermiona przytaknęła. Dziwne wrażenie bycia obserwowaną wciąż jej towarzyszyło.

 

Minęło kilka kolejnych wieczorów, gdy Hermiona wracała sama późno z biblioteki. I nieustannie czuła się nieswojo. Ten obcy wzrok na jej karku… Powoli zaczynała mieć wrażenie, że zwariowała. Ciągnęło się to tygodniami, a mimo wszystko nie zdarzyło się nic złego! Popadła w jakąś paranoję. To niezdrowe. Chyba powinna zacząć pić eliksir uspokajający, bo tak dalej być nie może. Niepokój zanikał dopiero w jej dormitorium. Przez te wszystkie lata nigdy się nie bała chodzić nocą po zamku, nawet gdy grasował w nim bazyliszek. Teraz powoli zaczynała panikować.

Wzięła kilka głębszych wdechów. Już nie miała zbyt daleko do swojej sypialni. A następnym razem wyjdzie po prostu wcześniej z biblioteki i będzie dobrze. A jutro wybierze się do pani Pomfrey po eliksir uspokajający. I będzie dobrze.

Jeszcze raz obejrzała się za siebie, ale, zgodnie ze swoimi oczekiwaniami, nikogo nie dostrzegła. Dopiero po chwili zorientowała się, że nie może ani zrobić kroku, ani utrzymać równowagi. Chciała krzyknąć, ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. A przed upadkiem ktoś ją powstrzymał. Nim zdołała dostrzec, kto, została przerzucona przez czyjeś ramię i zaniesiona do jednej z pustych klas.

 

Posadzono ją pod ścianą. Gdy uniosła głowę, zobaczyła nikogo innego jak jej osobistego wroga, Dracona Malfoya. Stał nad nią z zadowolonym wyrazem twarzy.

– Granger, nie możesz sobie wyobrazić, jak długo czekałem na stosowny moment.

Hermiona chciała coś powiedzieć, ale mogła tylko otwierać usta i delikatnie poruszać głową. Czuła chłód ściany i kamiennej podłogi, nie czuła się spięta. Malfoy jej nie spetryfikował. Co to za zaklęcie? Gdyby ją spetryfikował, byłaby sztywna jak kłoda, o siedzeniu nie byłoby mowy, i nie dałaby rady wykonać najmniejszego ruchu. Mogłaby tylko mrugać. Co tu się działo?

Młody mężczyzna usiadł tuż obok niej na podłodze i złapał jej dłoń. Hermiona czuła, jak jego palce delikatnie ją gładziły. Dziwne uczucie. W tej chwili myślała, że już naprawdę oszaleje ze strachu. Draco Malfoy był śmierciożercą. Nienawidził jej. A teraz ją miał w swojej mocy, a ona nie mogła nic zrobić. Modliła się, by ktoś przyszedł i ich znalazł. By Ron jej szukał. Och, jak bardzo chciała w tym momencie, by jej chłopak miał ochotę na seks! Ale wiedziała, że tego wieczoru nie ma na to szans. Akurat dzisiaj zapowiedział, że urządzają z Harrym „męski wieczór” i nie będzie mógł jej uszczęśliwić.

– Granger, chcę ci wyjaśnić, co się tu dzieje. Nie musisz się bać. Nie zrobię ci nic złego. – Szczerze w to wątpiła, choć wciąż delikatnie głaskał jej dłoń. – Zafascynowało mnie, co taka porządnicka dziewczyna jak ty robi w bibliotece, w dziale ksiąg zakazanych, a dokładniej w kategorii erotycznej. To było niezwykłe – obserwować cię, jak czerwona na twarzy przeglądasz magiczną kamasutrę – ciągnął Draco, patrząc jej w oczy. Sam miał dość niezwykły wyraz twarzy. Nie potrafiła go określić. Ale potrafiła się zaczerwienić. Czuła, jak na jej twarzy pojawiają się wypieki. Kamasutra! Jeszcze tego jej brakowało, by akurat Malfoy ją na tym przyłapał! – Postanowiłem cię śledzić. Weasley jest dość marnym kochankiem, prawda, Granger? Aż mi wstyd było, że musiałem to oglądać, postanowiłem więc, dobry, jaki jestem z natury, pomóc. Dopiero wtedy zdecydowałem, że muszę cię uratować przed marnym losem. Zatem, Granger, wyjaśnię w prostych słowach, o co mi chodzi, o ile jeszcze nie zrozumiałaś. – Spojrzał jej w oczy, a ona zobaczyła, jak jego szare oczy niemal przewiercają ją na wylot. Co on sobie uroił? – Pokażę ci, co znaczy zrobić kobiecie dobrze.

Malfoy uśmiechnął się jak zadowolony z siebie kot. Taki wyraz twarzy często obserwowała u Krzywołapa, gdy ten przyniósł jej martwą mysz i domagał się pochwał. Dumny ze swojego osiągnięcia. Choćby chciała – a nie chciała – nie byłaby w stanie pochwalić teraz Malfoya za jego wspaniały pomysł. Bo ten pomysł wspaniały nie był. Wprawiał ją w największe przerażenie.

– Aha, Granger. Ja wiem, że jesteś wścibska, więc ci powiem. To zaklęcie… Nie pytaj o nie nikogo. Znają je tylko śmierciożercy. Oni je wynaleźli. W żadnej książce nie znajdziesz przeciwzaklęcia. Im wprawdzie służyło do gwałtów, ale my użyjemy go w znacznie przyjemniejszym celu, prawda? Ja naprawdę chcę ci sprawić przyjemność i wierz mi, że poczujesz wszystko. Och, Granger – szepnął jej do ucha – nawet nie wyobrażasz sobie, jakie to będzie miłe…

Rozłożył koc na podłodze. „Nie chcemy przecież, żebyś zmarzła i się przeziębiła”. Hermiona nie mogła nic zrobić, gdy rozpinał jej kardigan, a potem koszulę. Cicho zamruczał z zadowoleniem, gdy zobaczył jej bieliznę. Nie było to nic wyszukanego, ale odkąd sypiała z Ronem, starała się już nie nosić prostej, bawełnianej, tylko coś bardziej atrakcyjnego. Nie spodziewała się jednak, że akurat Draco Malfoy będzie ją podziwiał. A on faktycznie wpatrywał się w nią jak kot w śmietankę. Co on kombinował? Dlaczego ona? Czy on nie ma wystarczającej ilości wielbicielek? Parkinson mu już nie wystarcza?

Pochylił się nad jej szyją i bardzo delikatnie przesunął po niej językiem. Gdyby nie była tak sparaliżowana ze strachu – już całkiem pomijając paraliż wywołany zaklęciem – i wykonawcą nie był Malfoy, mogłoby jej to sprawić przyjemność. Czuła jego ciepły oddech na swojej szyi, który powoli przesuwał się na jej dekolt. Do jej oczu powoli zaczęły napływać łzy, więc zacisnęła powieki, by Malfoy tego nie dostrzegł. Niech on już kończy! To było okropnie upokarzające.

Mężczyźnie się nie spieszyło. Nie zadowolił się tylko rozpięciem jej ubrania. Zdjął z niej szatę, spódnicę i bieliznę. Po chwili zastanowienia również podkolanówki i buty. Hermiona leżała przed nim naga. Nie widziała go. Wciąż miała mocno zaciśnięte oczy. Postanowiła po wszystkim rzucić na siebie samą zaklęcie zapomnienia. W tej chwili chciała umrzeć. Na miejscu. Tak po prostu.

– Granger, jesteś warta kogoś lepszego niż Wieprzlej – wyszeptał jej do ucha. – Kogoś, kto cię doceni. Kogoś, kto potrafi dać ci rozkosz. Najchętniej bym cię wziął. Natychmiast. Ale tu nie chodzi o mnie, tylko o ciebie… Granger, nie masz pojęcia, od jak dawna mi to chodzi po głowie…

W końcu otworzyła oczy, by na niego spojrzeć. Draco Malfoy oszalał! Kilka cruciatusów za dużo. Zupełnie mu odbiło. A jednak zakończył swój wywód i powoli zdjął również z siebie ubranie. W innej sytuacji, w innym życiu, może by ją ten widok pociągał. To ciało było zupełnie odmienne od ciała Rona. Ron był miękki, Malfoy umięśniony. Zresztą porównywanie ich nie miało sensu. W tym momencie wrócił do przerwanych pieszczot. To prawda. Malfoy ją pieścił. Był delikatny, nie spieszył się. Zaskoczył ją drobnymi pocałunkami na jej piersiach, a potem brzuchu. Jego dłonie gładziły jej boki, uda… Nie wiedziała, ile czasu minęło, nim rozłożył jej uda i przejechał językiem po ich wewnętrznej stronie. I przesuwał się coraz wyżej, aż do jej… Ojej! Ciało Hermiony drgnęło, gdy dotknął językiem jej łechtaczki. Czyżby zaklęcie przestało działać? Nie. Wciąż nie miała nad sobą władzy. Ale z każdym najmniejszym dotykiem jej ciało reagowało! Hermiono, opanuj się! To ci się nie może podobać! A jednak. Bo chciała coraz więcej. Zamknęła oczy i starała się wyobrazić sobie, że to Ron.

Poczuła coś, czego wcześniej nie doświadczyła. Do tej pory seks był jak obowiązek. Tym razem jednak pragnęła. Pragnęła więcej tego dotyku. Pragnęła poczuć coś w sobie. I to bardzo! I poczuła. Wsunął się w nią jeden palec, który zdawał się ją przez chwilę badać, a zaraz podążył za nim drugi. Te dwa palce w jej waginie i język stymulujący łechtaczkę… Nigdy czegoś takiego nie czuła. Ale chciała więcej i więcej… I tak okropnie się tego pragnienia wstydziła.

– Granger, czy jesteś na mnie gotowa? Chcesz mnie w sobie poczuć?

Nie! Hermiona opamiętała się. Nie! Nie chcę! Ale jej ciało ją zdradziło. Jej ciało chciało. I to bardzo. Drżało pod dotykiem mężczyzny, a jej rozkazy ignorowało! Poczuła, jak coś się w nią wsuwa. Dużego i twardego. Przez pierwszą sekundę myślała, że będzie jak zawsze. Trochę bólu i koniec. Ale nie. Draco Malfoy nie zamierzał tak szybko skończyć. Zaczął powoli, delikatnie, ale z każdym pchnięciem odrobinę przyspieszał. Ugryzł ją delikatnie w ucho, a jej ciało wygięło się w łuk. To było tak wspaniałe, pierwotne uczucie, że Hermiona już w ogóle przestała myśleć. Ostatnią myślą było, by to się nie kończyło. A potem tylko czuła. Czuła eksplozję. Nie wiedziała czego. Jej świadomość się rozprysła. Hermiona tylko była. A po chwili znowu czuła. I trwało to niemal bez końca. W końcu Malfoy zwolnił i z niej wyszedł.

Wyczerpany położył się obok Hermiony na kocu. Jej ciało wciąż wibrowało po tym przeżyciu, między nogami czuła pulsowanie i lepką ciecz. Dopiero teraz ogarnęło ją prawdziwe obrzydzenie. Malfoy. Jak on jej dobrze zrobił! Czuła się z tym okropnie. Powoli obróciła głowę w jego stronę. Wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem.

– Jak ci się podobało, Granger? Pozwolę ci mówić, ale jeśli zaczniesz krzyczeć, będę musiał cię uciszyć, zgadzasz się?

Kiwnęła głową i po chwili poczuła, że jej struny głosowe znów działają.

– Malfoy – syknęła. – Ty podły, wstrętny… Ty… Jak Ron się o tym dowie, to cię zabije.

– Nie dowie się – odpowiedział Malfoy spokojnie, lekko się do niej uśmiechając.

– A niby czemu?

– Bo ja mu nie powiem, a ty tym bardziej. Granger, przecież wiem, że się nie odważysz. A wiesz dlaczego? Bo musiałabyś mu powiedzieć, że ci się podobało. I wtedy by się dowiedział, jak beznadziejnym jest kochankiem. Poza tym… już nigdy by cię nie dotknął, prawda?

Hermiona nie odpowiedziała. Malfoy miał rację. Już nie zdołała powstrzymać łez.

– Granger, nie rycz. Było ci dobrze. Nie skrzywdziłem cię – pogładził ją uspokajająco po ramieniu, po czym wstał. – Patrz. Biorę moją i twoją różdżkę. Zdejmę teraz z ciebie zaklęcie i będziesz mogła się ubrać. Potem oddam ci różdżkę i będziesz mogła iść spać.

Gdy odzyskała władzę nad ciałem, obróciła się do Malfoya plecami, szybko założyła na siebie szaty. Rękawem otarła łzy. Tak źle jej jeszcze nigdy nie było. Malfoy ją obserwował, ale jej to nie obchodziło. Jakby cokolwiek mogła przed nim teraz ukryć. Jej życie się skończyło. Rozpowie o tym całej szkole, jak zabawił się ze szlamą. Ron ją znienawidzi. Tak samo, jak ona nienawidziła teraz siebie samej. Nie za to, że dała się podejść, ale za to, że sprawiło jej to przyjemność. Dokładnie tak, jak obiecywał.

Ubrana podeszła do niego, ale rękę z różdżkami schował za plecami. Hermiona, nie namyślając się długo, uderzyła go z pięści w twarz.

– Oddaj moją różdżkę, Malfoy.

Mężczyzna rzucił przedmiotem przed siebie, a Hermiona poszła w tym kierunku. Opuszczając pomieszczenie, spojrzała na niego, celując w niego różdżką.

– Nienawidzę cię, Malfoy. Nie waż się do mnie więcej zbliżać, bo cię zabiję. – I wyszła.

– Też cię nienawidzę, Granger – powiedział, gdy już wyszła, opierając twarz o kamienną ścianę, by zimnem choć trochę złagodzić ból. – Ale jeszcze do mnie wrócisz.

 

Hermiona bała się komukolwiek o tym powiedzieć. Rano poprosiła tylko Rona, by przekazał wszystkim, że jest chora i nie przyjdzie na śniadanie. Ani na lekcje. Nie dała mu się pocałować, mówiąc, że to pewnie zaraźliwe.

Ten argument do niego przemówił – w końcu gdyby nie było naprawdę źle, Hermiona by z nauki nie zrezygnowała. Przeczekała śniadanie, po czym wybrała się do skrzydła szpitalnego.

– Co się stało, panno Granger? – zapytała pani Pomfrey z troską. Dziewczyna postanowiła odpowiedzieć poniekąd zgodnie z prawdą:

– Odkąd wojna się skończyła, boję się. Że na każdym kroku czają się śmierciożercy, że chcą mnie skrzywdzić. Boję się wracać wieczorami z biblioteki.

Wydawało jej się, że mówiła spokojnie, ale gdy skończyła, zdała sobie sprawę, że przez cały czas płakała.

– Panno Granger, wojna się skończyła… Pani przeżyła więcej niż inni, wykazała się ogromną odwagą. To oczywiste, że strach musi w końcu znaleźć ujście. Proszę zostać przez parę dni w łóżku, zrelaksować się, poczytać coś niezwiązanego z nauką, a gdy lęk nadejdzie, oswoić go. Odkryć, skąd się dokładnie bierze, co konkretnie panią przeraża. A gdy to nie pomoże, proszę wziąć eliksir uspokajający. Jedną fiolkę, gdy strach się pojawi. Ale nie więcej niż dwa razy dziennie – zastrzegła pielęgniarka. – W poniedziałek wróci pani na zajęcia, do tego czasu powinno być lepiej. Panno Granger – dodała Poppy Pomfrey, gdy Hermiona opuszczała skrzydło szpitalne – ja też się wciąż boję. Pewne rzeczy potrzebują po prostu czasu.

Ta krótka rozmowa trochę jej pomogła. Niemniej Hermiona zastanawiała się, czy cała szkoła już wie. Jej nieobecność na zajęciach tylko by potwierdziła wszystkie słowa Malfoya. Nie chciała go widzieć, ale mieli razem, jak każdego roku, eliksiry, transmutację oraz obronę przed czarną magią. Niemal połowę ich planu zajęć. W końcu musiałaby na niego spojrzeć, jeszcze, o zgrozo! ich wzrok by się spotkał, a ona musiałaby znieść jego drwiący uśmiech. Na samą myśl o tym musiała wypić pierwszą fiolkę eliksiru. Miała szczęście, że do przerwy zostało jeszcze sporo czasu. Mogła schować się u siebie i nikt jej nie spotkał.

 

Codziennie posiłki czekały na nią w salonie dormitorium prefektów. Z każdym dniem jadła coraz więcej i już mniej się bała. Gdyby Malfoy coś powiedział, już dawno musiałaby tłumaczyć się Ronowi. Co za szczęście, że Malfoy stracił po wojnie stanowisko prefekta! Jeszcze musiałaby go codziennie znosić w ich salonie. A wtedy już w ogóle nie mogłaby spokojnie żyć. Tutaj była bezpieczna. On nie miał tutaj wstępu.

 

W końcu nadszedł poniedziałek. Mimowolnie spojrzała w stronę stołu Slytherinu i dostrzegła jego blond włosy. On też na nią popatrzył, ale obojętnie. Żadnych dwuznacznych uśmieszków. Jakby prawie tydzień wcześniej nic się nie wydarzyło. Uspokoiło ją to; mogła odetchnąć z ulgą. Przynajmniej dzisiaj.

 

Przez cały tydzień wychodziła z biblioteki wcześniej, gdy szkolne korytarze były jeszcze pełne. Mimo wszystko Malfoya spotykała tylko na lekcjach, ale jego zachowanie nie wskazywało na dalsze zainteresowanie jej osobą. Powoli dochodziła do wniosku, że to był jeden raz i już niczego od niej nie zechce.

 

Powoli wracała do późniejszych powrotów z biblioteki, a Ronowi mówiła, że wciąż źle się czuje – w ten sposób unikała kolejnych zbliżeń. Czuła do siebie obrzydzenie i nie chciała, by jej dotykał. By ktokolwiek jej dotykał. Sama spędzała ponad godzinę każdego dnia w łazience, próbując z siebie zmyć wspomnienie dłoni i innych części ciała Malfoya. Nie udawało jej się to. A gdy tylko wracała myślami do tamtych chwil – co zdarzało jej się nagminnie – czuła, że jej majtki stają się mokre. Zmieniała je kilka razy dziennie. I za to siebie i jego już w szczególności nienawidziła. Straciła zaufanie do swojego ciała, co było okropne. Szukała eliksiru na tę przypadłość, ale ku jej zdziwieniu okazało się, że świat najwyraźniej nie oczekiwał tego samego efektu co ona. Znalazła tylko multum receptur na zwiększenie wilgotności. Książki po raz pierwszy w życiu zawiodły ją na całej linii.

 

Minęły już prawie trzy tygodnie od tamtego incydentu – jak Hermiona w myślach nazywała spotkanie z Malfoyem – i dziewczyna nabrała odwagi, by opuścić bibliotekę dopiero w czasie jej zamknięcia. Wprawdzie wciąż czuła się obserwowana, ale zrzuciła to na paranoję. Ostatecznie się uspokoiła, gdy przez kilka dni nic się nie wydarzyło.

 

Tym razem wracała zatopiona w swoich myślach. Dopiero co przeczytała bardzo ciekawy traktat medyczny na temat wydzielin ciała, który miał ją – przynajmniej taką wyrażała nadzieję – naprowadzić na właściwy tor w poszukiwaniach jakiegoś sposobu na słabość jej ciała. Po chwili poczuła, jak ktoś obejmuje ją od tyłu i wtula twarz w jej włosy.

– Ron?

– Nie, skarbie, nawet w przybliżeniu.

Hermiona spróbowała się wyrwać z objęć mężczyzny, a gdy to nie poskutkowało, sięgnęła do wnętrza szaty, gdzie zawsze trzymała różdżkę. Ale jej tam nie było. Za to poczuła lekkie ukłucie między żebrami.

– Tego szukasz?

Miał jej różdżkę i był silniejszy. Wpadła w panikę. Przycisnął jej ciało jeszcze mocniej do siebie, na co zareagowało ono w jednej chwili. Od razu poczuła, jak jej bielizna moknie. Co było z nią nie tak? Wydała z siebie dziwny pisk.

– Ciiiiii…! Albo pójdziesz ze mną jak grzeczna dziewczynka, albo będę musiał cię zmusić do posłuszeństwa…

Hermiona potulnie kiwnęła głową, a gdy poluzował uścisk, wyrwała mu się i odbiegła parę kroków, nim dosięgło ją zaklęcie. Kolejne powstrzymało ją przed upadkiem. Po chwili wisiała przerzucona przez jego ramię jak bezwładna lalka i trafili do pomieszczenia. Tym razem nie było tam koca, a materac. Czyżby zatroszczył się o ich wygodę? Malfoy był psychopatą. Nie było innego wytłumaczenia! Położył ją na materacu i rzucił kilka zaklęć na salę, w której się znajdowali.

– Granger, dzisiaj idziemy o krok dalej. Wyciszyłem ten pokój, więc możesz bez ograniczeń wzdychać, jęczeć i krzyczeć moje imię! – Uśmiechnął się szelmowsko. – Najchętniej pozwoliłbym ci się ruszać, ale wciąż sprawiasz kłopoty. Nie było ci ostatnio dobrze?

– Nie! Malfoy, uwolnij mnie! Czego ty ode mnie chcesz? Nie wystarczy ci, że już mnie zeszmaciłeś?!

Hermiona rzucała głową na boki, ale reszta jej ciała ani drgnęła. Zaklęła ze złości. Malfoy uniósł brwi w zdziwieniu. Takich słów się po niej nie spodziewał. Spokojnie rozpiął koszulę i zdjął spodnie. Ta jego nonszalancja doprowadzała ją do szału. Krzyczała ile sił w płucach, ale nic to nie dawało. Teraz Malfoy uklęknął między jej udami i delikatnie gładził nagą skórę między podkolanówkami a linią majtek. Gdy dotarł do góry, kącik jego ust uniósł się lekko.

– Granger – zamruczał, dotykając mokrego materiału – ty naprawdę za mną tęskniłaś.

Zamilkła. Jej przeklęte po wsze czasy ciało!

– To nieprawda! Posikałam się ze strachu! – warknęła, nie zważając na to, co mówi. Dopiero po sekundzie zorientowała się, co palnęła.

Malfoy powoli zdjął jej bieliznę i przejechał palcem po jej waginie.

– Nie, Granger. Zdecydowanie za mną tęskniłaś.

Delikatnie wsunął w nią jeden palec, a dziewczyna jęknęła.

– Zabierz ode mnie swoje brudne łapy! – wydyszała, ledwo łapiąc oddech, gdy palec mężczyzny powoli się wsuwał i wysuwał.

– Wybacz – powiedział, unosząc obie ręce do góry, po czym straciła jego twarz z oczu, ale poczuła jego język.

– Malfoy! – jęknęła.

– O tak! Jęczysz coraz piękniej, Granger. Bardzo chciałbym cię wziąć. Teraz – wymruczał, po każdym słowie przeciągając językiem po jej łechtaczce. – Ale przecież chcemy, by to tobie było przyjemnie. Chcesz tego, Granger?

– Tak! – Jęknęła i od razu otrzeźwiała. – Nie! Zostaw mnie w spokoju!

– Jak sobie życzysz.

I odsunął się od niej. Patrzyła na niego z brakiem zrozumienia na twarzy. A on wrócił, przekręcił ją na bok i przytulił się od tyłu, obejmując ją ramionami. Jego ciepły oddech łaskotał jej kark. Na swoich pośladkach czuła erekcję Malfoya. Pomyślała, jak to by było wspaniale, poczuć w sobie… Jęknęła. On ją chciał doprowadzić do obłędu!

– Jaka szkoda, że mnie nie chcesz… – Szepnął jej prosto do ucha. – Tak bardzo chciałbym w ciebie wejść… I sprawić ci przyjemność. I jeszcze więcej. Szybciej i szybciej…

Wraz z jego słowami, jej oddech przyspieszał. Gdyby mogła się poruszać, jej ciało byłoby wciąż poza jej kontrolą, bo z całą pewnością by przyjęło tę propozycję, nie pytając jej o zgodę. Malfoy poruszył swoimi biodrami, przyciskając Hermionę do siebie bardziej. Myślała, że zwariuje. Jęknęła po raz kolejny.

– Tylko jedno słowo, Granger… – Wyszeptał jej do ucha i złożył delikatny pocałunek tuż obok niego. Jej ciało zadrżało. Milcz, idiotko, milcz! Nie waż się odezwać! – Chcesz poczuć, jaki jest twardy i gotowy, by dać ci rozkosz?

– Tak – jęknęła, nie panując nad sobą.

Malfoy zsunął swoje bokserki i delikatnie przesunął jej dłoń na swojego penisa.

– Proszę…!

– Co mówisz, Granger? Nie dosłyszałem.

Jak on się z nią drażnił!

– PROSZĘ, MALFOY! Weź mnie, do cholery jasnej!

Jednym ruchem obrócił ją na plecy i zarzucił sobie jej nogi na ramiona. Była tak mokra, że wsunął się w nią bez trudu. Nie próbował być delikatny. Dawał jej to, czego najwyraźniej chciała. Krzyczała i jęczała, nie dała rady wydusić z siebie ani jednego zrozumiałego słowa. Najpierw doszła ona, potem on, i oboje leżeli obok siebie, próbując uspokoić oddech. Dopiero po dłużej chwili zorientowała się, że już nie jest pod wpływem czaru i może się ruszać.

Wstała, krytycznie obserwując swój strój. Spódnica była brudna od jej wilgoci i jego nasienia.

– Malfoy, do diabła, nie mogłeś uważać? – Warknęła, patrząc na niego ze złością.

– Było ci dobrze, Granger? – Zignorował jej pytanie.

– Nie!

– W takim razie puść wodze fantazji i wyślij mi sową wiadomość, co chcesz robić następnym razem. Jestem do twoich usług.

Malfoy uśmiechał się leniwie, wciąż leżąc jedynie w rozpiętej koszuli. Miał zamknięte oczy i wyglądało na to, że jest mu wszystko jedno, co się teraz stanie. Jemu było zdecydowanie dobrze.

– Nie będzie następnego razu – powiedziała, łapiąc za swoją różdżkę, i zostawiła go samego.

Nie mógł nie zauważyć, że tym razem go nie uderzyła.

 

Już się nie bała. Była wściekła. Na niego, na siebie, na Rona, na wszystko i wszystkich! Była tak zła, że najchętniej by kogoś przeklęła. Już mu się nie da złapać. Nie ma mowy! Rzuciła na siebie zaklęcie kameleona i wyciszające zaraz po wejściu do pokoju wspólnego Gryffindoru, a następnie skierowała się do dormitorium chłopaków. Cicho przeczesywała kufer Harry'ego, aż znalazła mapę Huncwotów. Zbladła ze strachu. Dopiero po chwili do niej dotarło, że gdyby spojrzeli na mapę, gdy ona i Malfoy… To byłby koniec. Ich przyjaźni i czyjegoś życia. Nie była pewna, kogo Ron by jako pierwszego zabił. A ostatecznie to tylko i wyłącznie ona miałaby problemy, bo Malfoy by Rona tylko przeklął, a potem żył dalej jak wcześniej.

Zabrała mapę i opuściła wieżę Gryffindoru.

 

Mijały tygodnie, a Hermiona nie wpadała na Malfoya. Z nosem w mapie Huncwotów pokonywała drogę z biblioteki do swojego pokoju. Gdy tylko Malfoy pojawiał się w pobliżu, zmieniała trasę i wszystko szło jak po maśle. Prawie. Wciąż nie chciała się przyznać do swojego niezaspokojenia i pożądania. Ciągle warczała na przyjaciół, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Pragnęła seksu. I to bardzo. Czasem spoglądała na Rona, po czym tylko prychała pod nosem. On nie był tym, kogo potrzebowała.

Hermiona Granger potrzebowała Dracona Malfoya. Natychmiast.

Wciąż się brzydziła tymi uczuciami, ale była z siebie dumna, że im się nie poddawała. Tylko jej majtki były mokre, gdy tylko na niego spojrzała albo usłyszała jego imię. Albo gdy jej się śnił nocami. Czasem na nią patrzył, gdy sowia poczta nie dostarczyła mu od niej żadnej wiadomości, a ona wytrzymywała jego wzrok, choć całe jej ciało drżało, a pulsowanie między nogami nie dawało jej spokoju. Wciąż szukała lekarstwa, ale go nie znalazła. Uznała, że w końcu się odzwyczai. Najdalej do końca roku szkolnego, potem Malfoya więcej nie zobaczy i będzie mogła zacząć nowe życie. To był doskonały plan, choć na jej gust trochę zbyt długoterminowy. Gdy na nią patrzył, zaciskała uda z całej siły, by stłamsić to zdradzieckie uczucie między nimi. Nie mógł być taki dobry. Nikt nie mógł być taki dobry!

 

To była ostatnia lekcja eliksirów przed Bożym Narodzeniem. Profesor Slughorn w przypływie dobrego humoru postanowił, że mogą sami wybrać, jaką miksturę chcą robić. Podzielił ich na pary zgodnie ze stopniem zaawansowania w eliksirach i, jak można było się spodziewać, Hermiona wylądowała z Malfoyem. Jej plan unikania go diabli wzięli.

– Granger, co powiesz na amortencję?

– A co ty na wywar żywej śmierci, Malfoy? – Odparła, nawet na niego nie patrząc. – Możesz go nawet przetestować, nie będę cię powstrzymywać.

– Skoro ja mam testować, to może zrobimy syrop na kaszel? – Zapytał niemal przymilnie.

Hermiona musiała się powstrzymać przed parsknięciem śmiechem. Wsadziła nos w podręcznik i kartkowała go zawzięcie, byle tylko nie spojrzeć na mężczyznę.

– Euforia – postanowiła. – Nie jest to zbyt łatwy eliksir i raczej się nim nawzajem nie skrzywdzimy.

– Nie lubię mięty…

– W takim razie postanowione. Ty ją będziesz siekał, Malfoy.

– Grabisz sobie, Granger…

Podzielili się zadaniami. Mięta miała trafić do kociołka na samym końcu, a potem wywar miał się gotować na małym ogniu przez pół godziny. Po dziesięciu minutach stygnięcia powinien być gotowy. Hermiona ucierała, Malfoy siekał. Walczyła z korzeniem piołunu i kolcami jeżozwierza, gdy mężczyzna kroił figę abisyńską na idealne, malutkie kawałeczki. W tym czasie na dnie kociołka zwęglały się rozgniecione fasolki sopophorusa.

Hermiona była bardzo zadowolona, że miała co miażdżyć i ucierać, bo w ten sposób łatwiej jej było nie myśleć o bliskości Malfoya. Tak mocno zaciskała szczęki, że się bała, że połamią jej się zęby. Sama jego obecność działała na nią w sposób, który ją doprowadzał do szału. Niech go wszyscy diabli! On ją jednak ignorował. W spokoju koncentrował się na swojej fidze, od czasu do czasu mieszając fasolki, by równomiernie się przypiekały i pod żadnym pozorem jakaś nie pozostała surowa. Trzeba było wyczuć odpowiedni moment, by zalać je sokiem z cytryny, a następnie szczypta po szczypcie dodawać piołunu. Hermiona utarła swoje składniki na pył. Dawno jej to tak dobrze nie wyszło. Ale dawno nie próbowała się na czymś tak intensywnie skupić.

Malfoy się nad nią pochylił, by sięgnąć po pęczek mięty, gdy Hermiona poczuła jego dłoń na swoim udzie. Wstrzymała oddech. Nikt nie mógł tego widzieć – wszyscy byli skoncentrowani na swoich własnych eliksirach, w sali było głośno… Zamarła ze strachu. Dłoń Malfoya delikatnie przesunęła się po jej kroczu.

– Cholera, Granger, ty jesteś mokra na sam mój widok… – Wydyszał ze zdumienia. Jemu samemu zrobiło się właśnie ciasno w spodniach.

– Spieprzaj, Malfoy! – Wysyczała i poderwała się na nogi. – Panie profesorze, mogę iść do łazienki?

– Oczywiście, idź – odpowiedział profesor Slughorn, zbliżając się do ich stanowiska. – Jak państwu idzie, panie Malfoy?

– Dobrze, profesorze. Czy też mogę wyjść, jak tylko dodam miętę? I tak pozostanie tylko czekać.

Nauczyciel zajrzał do kociołka i pociągnął nosem.

– Nie powinno być problemu.

Malfoy uśmiechnął się pod nosem i czym prędzej posiekał ziele, wrzucił do eliksiru, zamieszał trzy razy w prawo i opuścił salę.

 

Hermiona stała przy umywalce w łazience dla dziewcząt i oblewała twarz zimną wodą. Cholera, cholera, cholera! I tyle z trzymania się od niego z daleka! Miała dość tego napięcia! Na pewno można było się go jakoś pozbyć!

I w tej chwili Malfoy wtargnął do łazienki. Hermiona od razu zrobiła dwa kroki w tył, ale on bez słowa do niej podszedł i przyparł do ściany. Wpił usta w jej usta i jednym ruchem zdarł jej majtki, a ona objęła go nogami w pasie. Zaraz po tym rozpiął rozporek i wszedł w nią bez ostrzeżenia.

– Malfoy… A jak ktoś tu wejdzie?… – Wysapała w jego usta.

– Nie wejdzie – warknął, przyspieszając pchnięcia.

Nie trwało to długo, ale było intensywnie. Oboje pozbawili się napięcia. Hermiona patrzyła na swoją rozdartą bieliznę.

– Nie gap się tak, wracamy do klasy – powiedział Malfoy.

– Muszę iść do dormitorium po nowe majtki…

– Nie. To kara za to, że się tak długo przede mną chowałaś, Granger.

Stanęła jak wmurowana.

– Nie masz nic lepszego do roboty, Malfoy? Nie możesz znaleźć sobie innej zabawki?

– Porozmawiamy o tym wieczorem, Granger – odparł zimno i opuścił łazienkę.

Hermiona stanęła przed lustrem i wpatrywała się w swoje odbicie. Miała wrażenie, że patrzy na nią obca osoba. Ochlapała twarz zimną wodą, by choć trochę osłabić rumieńce i schłodzić nabrzmiałe od pocałunków usta. Doprowadziła też swoje włosy i ubranie do jako takiego porządku.

Co ona najlepszego zrobiła?

 

Wieczorem wyszła z biblioteki przygotowana na spotkanie Malfoya. Tak naprawdę spędziła cały wieczór, wgapiając się tępo w jeden punkt, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. W końcu pani Pince wyrzuciła ostatnich zbłąkanych czytelników, w tym Hermionę. Gdy dziewczyna zobaczyła Malfoya, podążyła za nim. Czuła się, jakby szła na stracenie. Dwa pierwsze razy. Na nie nic nie mogła poradzić. To, że jej się podobało, nie miało znaczenia. Nie zrobiła tego dobrowolnie. Za trzecim… Jest taka głupia! Ma chłopaka, którego kocha (a któremu nie pozwala się dotknąć od dwóch miesięcy – dodał cichy głosik w jej głowie). Musi to coś z Malfoyem zakończyć. Teraz. Od razu. Tak przynajmniej mówił jej rozsądek. Ciało mówiło coś innego. Rwało się do niego. To tylko cielesność. Rzecz naturalna. Zwierzęce przyciąganie, nic więcej. A przecież nie można wystąpić przeciwko naturze. Prawda…?

Malfoy zniknął za drzwiami na końcu korytarza. Hermiona poszła w jego ślady. Gdy zamknęła za nimi drzwi, stanęli naprzeciw siebie i wpatrywali się w siebie bez słowa. Światło zaledwie kilku świec otulało pomieszczenie ciepłym, ale niepokojącym blaskiem.

– Czego ode mnie chcesz, Malfoy?

 

Draco Malfoy zawsze dostawał to, czego chciał, z wyjątkiem jednej rzeczy – miłości. Wiedział, że rodzice go kochali, ale pragnął, by mu to pokazali, oni jednak woleli wynajdywać mu coraz to lepsze opiekunki. W końcu na jego piętnaste urodziny ojciec podarował Draco kobietę do towarzystwa, która miała zrobić z niego mężczyznę. To ona nauczyła go wszystkich sztuczek, a po skończonej nauce zniknęła. Draco wykorzystywał zdobytą wiedzę w praktyce, ćwicząc z Pansy Parkinson. Nie sprawiało mu to jednak radości. Pansy była nudna, zakochana w nim po uszy i chciała zostać kolejną panią Malfoy. Mimo to nie doceniała starań Draco, by było jej dobrze. Seks jej nie interesował. Chciała to mieć za sobą – skoro Draco był szczęśliwy, to ona też. W końcu i chłopakowi przestało się chcieć.

Potem przyszła wojna. Widział, co śmierciożercy robili z kobietami. Jemu udało się tego na szczęście uniknąć, bo starsi uważali, że jest za młody na takie nagrody. Było mu to na rękę. Z jednym wyjątkiem – gdy Bellatrix torturowała Hermionę Granger, pomyślał, że chce ją mieć dla siebie. Granger. Święta Granger. Najpierw napędzała go nienawiść, a po wojnie sam już nie wiedział co, bo cały jego światopogląd legł w gruzach. Draco się bał. Bał się tego nowego świata, w którym nie było miejsca dla Malfoyów. Ale Granger wciąż chciał. Najpierw chciał ją zniszczyć. Zniszczyć świętą trójcę, która uważała się za lepszą od niego. A Granger była najlepszym środkiem do celu.

Śledził ją przez długi czas, by trafić na odpowiedni moment. Pech – a może fart? – chciał, że stał się świadkiem stosunku Weasleya z Granger. Zrobiło mu się jej żal. Najzwyczajniej w świecie żal. Wykonywała swój obowiązek, takie miał wrażenie, ale nie miała w tym żadnej radości. Zmienił zatem swoje plany i uznał, że rozkosz to też tortura. Nie spodziewał się jednak efektu, jaki udało mu się osiągnąć. Jedno wiedział – mógł jej nienawidzić, mógł być podły, ale w trakcie seksu nie mógł potraktować jej źle. Bo była kobietą. Tylko tyle i aż tyle. Może nie było to zamysłem Lucjusza Malfoya, ale jego syn nauczył się jednego – kobiet nie wolno traktować jak przedmiotów.

Chciał jej to powiedzieć, gdy tak przed nim stała i czekała na odpowiedź. Czekała długo. A on rozmyślał, jak jej to przekazać, by nie wyjść na romantyka ani na chama. Ani na słabeusza. Ale on chciał ją zatrzymać dla siebie, bo go tak cholernie pociągała. Myślał, że wystarczy mu raz z nią, tylko jeden raz… Ale pragnął jej więcej. Pragnął tego uczucia, które się pojawiało, gdy ją podniecał, a udawało mu się to wybornie. Tego dnia na eliksirach myślał, że oszaleje, weźmie ją na stole, przy wszystkich, tak go rozpaliła świadomość, że ona go równie mocno chce.

– Mówiłem ci już, Granger – odparł, patrząc jej prosto w oczy. – Chcę ci sprawiać przyjemność. Bez końca.

– Ale dlaczego?

– Bo to znowu sprawia przyjemność mi.

Zauważył, jak się spięła. Jej całe ciało zesztywniało.

– Malfoy, ja jestem z Ronem. Kocham go. Nie chcę go zdradzać. Nie sprawiasz mi przyjemności.

Ostatnie zdanie wypowiedziała niemal szeptem. Kłamała. I to bardzo.

Zbliżył się do niej. Bardzo wolno. Założył jej kosmyk włosów za ucho i delikatnie przejechał palcem po jej policzku.

– Nikt ci nie broni go kochać. My chcemy się tylko dobrze bawić. Poza tym nie ma między nami nic, Granger. To nie liczy się jako zdrada.

– Nikt nie może się dowiedzieć.

– Żadna żywa ani martwa dusza. Obiecuję.

– To tylko układ. Jak będę chciała, mogę odejść.

– W każdej chwili.

Mówili szeptem. Hermiona podejrzewała, że podjęła właśnie najgorszą decyzję w swoim życiu.

 

Na ostatnią chwilę odwołała swój wyjazd do Nory. Postanowiła zostać na Boże Narodzenie w Hogwarcie. Wymówiła się dużą ilością nauki. Ginny i Harry powiedzieli, że się o nią martwią, bo od dłuższego czasu zachowuje się dziwnie. Hermiona wytłumaczyła swoje zachowanie po raz kolejny wojną, że sobie z tym nie radzi. Wydawali się rozumieć. A ona czuła się z tym źle.

Snuła się po dormitorium prefektów, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. W bibliotece też przestała się dobrze czuć. Malfoy wyjechał na święta do matki. Była sama, tak jak tego chciała. Marzyła o tym, by poukładać swoje myśli, ale nie potrafiła. Przesypiała całe dnie, nocami szukała dla siebie ukojenia. Nie znalazła go.

Między świętami a nowym rokiem dostała list. Od razu się ubrała i opuściła teren szkoły. Malfoy czekał na nią w Hogsmeade.

Nawet się nie przywitali, od razu wylądowali na łóżku. To był ich pierwszy raz, gdy faktycznie poszli ze sobą do łóżka. Przez cały czas nie odezwali się do siebie nawet słowem. Spieszyli się, spragnieni swoich ciał. Minęło zaledwie kilka dni, niecały tydzień, ale obojgu czegoś brakowało, co znaleźli w obskurnym pokoju gospody Pod Świńskim Łbem. Hermionie ciągle było mało. Wbijała paznokcie w ciało Malfoya, by przyciągnąć go bliżej siebie, by wszedł w nią jeszcze głębiej. On zaś nie odrywał ust od jej szyi i tak spleceni poruszali się rytmicznie, nie pozostawiając między sobą niemal żadnej przestrzeni. Po twarzy Hermiony spłynęło kilka pojedynczych łez, ale tego nie zauważyła.

Gdy skończyli, dalej tak leżeli, niemal spojeni ze sobą. Wciąż nie powiedzieli do siebie ani słowa. Po długim czasie każde z nich wróciło do siebie. W milczeniu.

 

Ten romans trwał niezakłócony do końca lutego. Gdy Harry wpadł w panikę, że zniknęła mapa Huncwotów, Hermiona udawała, że pomaga mu szukać, choć sama ją schowała tak dobrze, że nikt by jej nie mógł znaleźć. Udawała, że o niczym nie wie. Popołudnia spędzała z przyjaciółmi i ze swoim chłopakiem, a nocami spotykała się z Malfoyem. Byli ostrożni, nikt się nie dowiedział, co oboje przyjmowali z ulgą. Ona nie chciała zrujnować swojego związku dla krótkotrwałego szaleństwa, on dbał o swoją reputację. W końcu między nimi to był tylko układ; żadne z nich nie oczekiwało niczego więcej. Do końca szkoły, postanowili oboje, niezależnie od siebie. A potem ich drogi się rozejdą na zawsze.

 

Pierwszego marca Ron świętował urodziny. W pokoju wspólnym Gryffindoru odbyła się wielka impreza. Ktoś przemycił Ognistą Whisky Ogdena, ktoś inny załatwił mnóstwo piwa kremowego. Hermiona popijała czerwone wino i bawiła się ze wszystkimi. Śmiała się, jak od dawna jej się nie zdarzyło, i tańczyła. W tym momencie była szczęśliwa, nawet jeśli gdzieś w niej tkwiła świadomość, że tej nocy nie spotka się z Malfoyem. Nie przeszkadzało jej to. Korzystała z tej chwili. Grała z innymi w eksplodującego durnia i jeszcze więcej piła. Gdy impreza skończyła się o trzeciej nad ranem, opuścili z Ronem pokój wspólny, by wrócić do dormitorium prefektów.

Gdy przycisnął ją do ściany, nie oponowała. Oddawała mu pocałunki i myślała sobie: Co mi, cholera, szkodzi. Ma urodziny. I dała podciągnąć sobie spódnicę. Ściskał jej pośladki, jednocześnie pompując w nią całym ciałem. Była na tyle pijana, że nie robiło jej to większej różnicy. Po prostu tam była i myślała o Anglii, gdy Ron uprawiał z nią seks. Nie trwało to długo. Po zaledwie paru minutach byli już w pokoju. Hermiona wzięła tylko szybki prysznic i padła na łóżko. Chwilę później przyszedł Ron i się do niej przytulił.

– Tęskniłem za tobą – powiedział.

Hermiona udawała, że śpi.

 

Wciąż kochała Rona. Wprawdzie brakowało między nimi chemii, nie było namiętności – przynajmniej z jej strony – ale niezaprzeczalnie go kochała. Nie potrafiła sobie wyobrazić, by mogła poślubić kogokolwiek innego. Dzieci innych niż rude. Rodziny innej niż Weasleyowie. Dla dobra tej wizji przyszłości postanowiła, że bardziej się postara. Będzie dla niego milsza. Jeszcze tylko parę miesięcy i już nie będzie musiała czuć do siebie obrzydzenia. I może wtedy to napięcie zniknie.

 

Tego wieczora uderzył ją. Po tym, jak ją spoliczkował, popchnął ją na ziemię i zdarł z niej ubranie. Zanurzył dłoń w jej włosach, ale nie z czułością, ale dziką furią. I wszedł w nią od tyłu, choć zawsze mówił, że lubi patrzeć w jej twarz. Jedną dłonią szarpał ją boleśnie za włosy, drugą ściskał pierś. I ugryzł ją w kark. Zawyła z bólu. A on tylko szarpnął mocniej i posuwał ją mocniej i mocniej. Agresywnie.

– Jesteś moja, Granger. Zapamiętaj to. Moja. Zabiję każdego, kto cię dotknie!

Załkała. Odskoczył od niej jak oparzony.

Leżała jak kupka nieszczęścia na kamiennej podłodze. Patrzył, jak z jej karku spływa krew. Przez moment nie wiedział, co się stało, a gdy to do niego dotarło, ukrył twarz w dłoniach i rozpłakał się jak mały skrzywdzony chłopiec. Opadł na podłogę. Co on najlepszego zrobił? Jak on mógł? Jak mógł się tak dać opętać zazdrości?

Czekał na nią. Miał nadzieję, że mimo wszystko po imprezie się spotkają. Z wieży Gryffindoru wyszła z Weasleyem. Trzymali się za ręce. Śmiała się. Była lekko pijana i tak cholernie pociągająca. Najwidoczniej nie tylko on tak uważał. Weasley się w nią wessał. W jego Granger! A potem ją wziął. Na korytarzu, jak jakąś pierwszą lepszą. A ona nic nie powiedziała. Nic nie zrobiła. Pozwoliła na to. Miał ochotę trzasnąć Weasleyem o ścianę. Zabić go gołymi rękoma. Jakimś cudem zdołał odejść. To naprawdę był cud. Ponad jego siły.

Jakoś nigdy nie wziął pod uwagę, że jego Granger wciąż może sypiać z kimś innym. Wprawdzie ona i Wieprzlej byli parą, ale jakoś nie łączył ze sobą tych faktów. Myślał, że jest tylko z nim. Z Draconem Malfoyem. Tego tam mogła sobie kochać, jak to lubiła powtarzać, by poczuć się lepiej, ale to z Draco było jej dobrze. A może jej nie wystarczał?

Nie chciał, by to się tak potoczyło. Płakał, trząsł się na całym ciele. Nigdy sobie tego nie wybaczy. Nigdy! Miał sprawiać jej przyjemność, rozkosz. A teraz potraktował ją jak szmatę, wytarł nią podłogę. I żadne z nich nie zaznało przyjemności.

Po długiej chwili poczuł na ramieniu ciepły dotyk.

– Draco… przepraszam.

– Hermiona… ja… straciłem rozum. Przepraszam. Nie miałem prawa cię tak potraktować.

Hermiona oderwała dłonie od jego twarzy i przytuliła go do siebie. Sponiewierał ją, to prawda. Był okrutny, to prawda. Ale gdy miała wypowiedzieć jeszcze jedną prawdę, to go rozumiała. Bardzo dobrze. Wcale nie zareagowałaby lepiej, widząc go z inną kobietą. Byłaby wściekła. Zraniona. Nie ręczyłaby za siebie.

Głaskała go po włosach, wciąż przyciskając do swoich piersi. Drżała. Z zimna i emocji, które ją ogarniały.

– Wiem, że to tylko układ między nami – powiedział, podnosząc głowę i patrząc jej w oczy. – Ale ja tak nie mogę. Nie mogę żyć z myślą, że sypiasz jeszcze z kimś innym. Obiecałem, że możesz odejść w każdej chwili. Odejdź. Idź do swojego… Rona. Możesz mieć tylko jego albo mnie, ale nie obu na raz.

Hermiona pocałowała Dracona Malfoya w czoło, po czym założyła na siebie zniszczone szaty i opuściła komnatę.

Draco patrzył, jak zamykają się za nią drzwi.

– Kurwa! Kurwa, kurwa, kurwa! – krzyczał, waląc pięścią w podłogę.

Krzyczał dalej, ale i tak czuł tylko pustkę. W końcu zebrał się w sobie i wrócił do swojego dormitorium, gdzie postanowił wypić za swoją głupotę. Za utratę tych kilku miesięcy szczęścia, które by na niego jeszcze czekały, dopóki wszystkiego nie zepsuł.

 

Następnego dnia cała szkoła huczała od najnowszej plotki. Hermiona Granger rzuciła Rona Weasleya. Istniało wiele tez na temat powodów i sposobu. O ile co do tego ostatniego ktoś trafił z przypuszczeniami, to przyczyny były najdziksze, ale żadna z nich ani trochę nie zbliżała się do prawdy.

 

Draco Malfoy nie pojawił się ani na lekcjach, ani na posiłkach, więc o tej nowinie nie usłyszał.

 

Hermiona biła się z myślami całą noc. Nie wiedziała, co ma zrobić. Układ układem. Draco miała tylko najdalej do lata, a Rona na całe życie. Niemniej w ciągu ostatnich miesięcy nie była pewna, czy chce takiej przyszłości. Czy chce być drugą Molly Weasley? Hermiona kochała Molly. Kochała całą tę rodzinę, niemal do nich należała. Tak trudno jej było podjąć decyzję o rezygnacji z nich. Z nich. Nie z Rona. Właśnie ta świadomość sprawiła, że zdecydowała tak a nie inaczej. Mąż powinien być dla niej przyjacielem i kochankiem, a Ron mógł być tylko przyjacielem. Niczym więcej. I to mu właśnie musiała powiedzieć. I to w słowach, które by go nie zraniły.

Nie udało jej się. Wybuch Rona był okropny, ale Hermiona stała i słuchała jego wyrzutów. Że jest zimna i zdystansowana. Że go odpychała przez cały ten czas. I nie dała mu w ogóle szansy. Nie śmiała odmówić mu racji. Powiedziała, że jej przykro. A kolejnego dnia przy śniadaniu dostała wyjca.

– Hermiono Granger, od tej pory nie jesteś mile widziana w naszym domu! Byłaś dla nas jak córka, a od dzisiaj jesteś dla nas nikim! – Głos Molly Weasley rozległ się po Wielkiej Sali.

Hermiona, zalewając się łzami, zastanawiała się, czy krótki romans był wart takiego poświęcenia.

 

W końcu Draco wrócił do świata żywych. A przynajmniej żywych trupów. Wyglądał na chorego. Miał przekrwione oczy i przeklinał każdego, kto mu się nawinął. W ciągu zaledwie jednego przedpołudnia zarobił dwa szlabany. Hermiona bała się do niego podejść, bo nigdy nie był sam. W końcu udało jej się dopaść go bez towarzystwa, ale nie zdołała mu wiele powiedzieć, bo ktoś przeszedł korytarzem. Szepnęła tylko: Wieczorem. I zniknęła za rogiem.

 

Draco przetrwał ten dzień, ale duchem był nieobecny. Wieczorem się ogarnął i pojawił na ich miejscu spotkań. Hermiony nie było. Czuł się jak głupiec, gdy tak na nią czekał. Myślał, że już nie przyjdzie. A jednak się pojawiła. Podeszła do niego i jak gdyby nigdy nic, wtuliła się w jego pierś.

– Przepraszam, Draco. Już nigdy cię nie zdradzę. Obiecuję.

Wziął ją za rękę i pociągnął korytarzem. W końcu stanęli przed ścianą, za którą kiedyś znajdował się Pokój Życzeń. Gdy pojawiły się drzwi, oboje przekroczyli jego próg.

– Myślałam, że został zniszczony – stwierdziła Hermiona, nie kryjąc zdumienia.

– Bo wszyscy tak myślą, dlatego też pokój pokazuje im ich oczekiwania. Ale ma się dobrze i na nas czeka. Pomyślałem, że skoro czeka nas jeszcze tylko parę miesięcy, możemy je spędzić wygodnie.

Hermiona uśmiechnęła się do mężczyzny, a on odwzajemnił się tym samym. I pociągnął ją na wielkie łóżko, które czekało tylko na nich.

 

To była ich ostatnia noc w Hogwarcie. Wiedzieli, że muszą się pożegnać i ich drogi się rozejdą – tak jak się umówili dwa dni przed wigilią Bożego Narodzenia. Tej nocy kochali się z rozwagą, powoli. Jakby chcieli poznać się na nowo, albo zapamiętać na zawsze. A potem leżeli wtuleni w siebie i rozmawiali o tym, co im ślina na język przyniosła. O planach na przyszłość. Wspominali co lepsze momenty z ich spotkań. Ciężko było im pojąć, że to już ostatni raz.

– Będę za tobą tęsknić, Draco – wyszeptała trochę z obawą.

– Ja za tobą też.

Z Pokoju Życzeń wyszli, trzymając się za ręce, a potem każde z nich poszło w swoją stronę.

*

Tuż po wojnie Hermionie została obiecana posada szefa Departamentu Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami, gdy tylko ukończy szkołę. Pierwszego sierpnia stawiła się w Ministerstwie Magii, by objąć posadę, która na nią czekała ponad rok. Była zestresowana, ale jednocześnie gotowa podjąć się każdego zadania, które polepszyłoby życie stworzeń towarzyszących czarodziejom od zawsze. Czekało ją mnóstwo pracy.

Od tamtego pierwszego dnia minęło kilka miesięcy. Ministerstwo organizowało doroczny Bal Bożonarodzeniowy, na który musiała przyjść. Tak to już było, gdy człowiek zajmował się polityką. Musiał być wszędzie obecny. Hermionie to nie odpowiadało, ale nie oponowała – traktowała to po prostu jak swój obowiązek. I właśnie na tym balu zobaczyła Dracona Malfoya – po raz pierwszy, odkąd ich spojrzenia ostatni raz się spotkały na dworcu King's Cross.

Wyglądał jak zwykle oszałamiająco, a Hermiona poczuła znajome wrażenie między swoimi nogami. Nie pojawiło się u niej od ich ostatniego razu. Już nie potrafiła się złościć na swoje ciało, bo ono najwyraźniej wiedziało najlepiej, co jest dla niej dobre, dlatego też pewna siebie ruszyła na spotkanie byłego kochanka.

 

Draco pojawił się na balu tylko i wyłącznie na życzenie matki. Chciała, by wrócił do starych tradycji Malfoyów, czyli nawiązywania kontaktów i kupowania przysług. Nie chciała, by ich ród odszedł w zapomnienie. Chciała, by odzyskali należną im pozycję, ale tym razem bez wzbudzania strachu, a podszytą szacunkiem. To nie było łatwe zadanie. A stało się jeszcze trudniejsze, gdy zobaczył Hermionę.

Sunęła w czarnej obcisłej sukni w jego stronę. Ta suknia nie ukrywała nic, wręcz uwypuklała wszystko, co w ciele Hermiony było najlepsze. Nie mógł pozbierać myśli, choć przez ostatnie miesiące każdego dnia rozmyślał, co jej powie, gdy ją kiedyś spotka. A teraz nie chciał nic mówić. Chciał porwać ją w ramiona i nigdy nie wypuszczać.

– Nie przywitasz dawnej znajomej? – Zapytała kokieteryjnie. Zmrużyła oczy, tego jeszcze nigdy u niej nie widział. Czy przez parę miesięcy wiele mogło się zmienić? Jak wiele?

Nie potrafił wydusić z siebie ani słowa. Patrzył się w nią jak w obrazek.

Draco nigdy nie był szczególnie odważny, ale w tym momencie o tym zapomniał. Przyciągnął ją do siebie i mocno pocałował.

– Granger – wyszeptał jej do ucha, gdy oderwał się od jej ust. – Czy któryś z twoich kolejnych kochanków był lepszy ode mnie?

Hermiona trzepnęła go rozbawiona w ramię.

– Ależ Draco, przecież ci coś obiecałam!

I wtedy Draco Malfoy zaskoczył samego siebie. Padł na kolana i poprosił Hermionę Granger o rękę.

Mistrz szachownicy

 Kiedyś natrafiłam na artykuł o dziwnych teoriach z uniwersum HP. Oto jedna z nich. *** Wciąż pamiętał smak porażki. Ten strach, który ich...