Serdecznie witam Was na moim nowym blogu!
Niewykluczone, że niektóre teksty znacie z forum Mirriel czy też bloga Cose Eterne, gdzie swojego czasu je publikowałam. Z czasem pojawią się tutaj wszystkie teksty archiwalne, ale również niepublikowane wcześniej nowości.
Zapraszam do czytania i komentowania!
Alina
***
Hermiona, odkąd go tylko
poznała, kochała Ronalda Weasleya. Od tego momentu, gdy spotkała go w pociągu
do Hogwartu, szukając ropuchy Neville’a, i zobaczyła go umorusanego czekoladową
żabą. Choć nie, wtedy go jeszcze nie kochała. Wtedy dopiero wzbudził jej
zainteresowanie. Potem się zaprzyjaźnili, a miłość pojawiła się ot tak, znikąd,
bez ostrzeżenia. I choć Hermiona uwielbiała logikę, zazwyczaj to nią kierowała
się w życiu, ta tym razem ją zawiodła. Miłość logice nie podlegała. A już
szczególnie ta. Nie zaskoczyło to Hermiony, bo już od dzieciństwa wiedziała, że
na świecie istnieją rzeczy, o których nie śniło się filozofom – rzeczy, których
nie dało się logicznie wyjaśnić. Jak magia. I miłość właśnie.
Miej więcej w tym samym
czasie, gdy ona i Ron zaczęli tworzyć ten nielogiczny związek, Harry i Ginny po
wielu latach zabawy w kotka i myszkę również znaleźli drogę do siebie. Hermiona
zawsze czuła pewien niesmak, że tych dwoje nie potrafi odkleić od siebie rąk. O
trzymaniu ich przy sobie w ogóle nie było mowy, chyba że przy sobie nawzajem.
Rona obrzydzało, że jego mała siostrzyczka obściskiwała się publicznie z jego
najlepszym przyjacielem. Sam nie zdawał sobie sprawy, że wcześniej wyprawiał
dokładnie to samo, jeśli nie więcej, z Lavender. Ale z Hermioną nie było o tym
mowy. Bo Hermiona była „porządna” (teraz parsknęła ze śmiechu na samą tę myśl),
„zdystansowana” i „zimna” (temu określeniu musiała przyznać rację, niemniej
uważała to za świetny wstęp do dyskusji na temat swojej seksualności i związku
z Ronaldem). Hermiona kochała Rona, choć czasem sama miłość nie wystarcza, by
okryć niedoskonałości różową mgiełką. Gdzieś tam jednak logika nie pozwoliła o
sobie zapomnieć.
– Hermiono! – krzyknął Ron
podekscytowany. – Mam dla ciebie prezent!
Dziewczyna nie podzielała jego
uczuć. Gdy ostatnio przeszczęśliwy obdarował ją na święta, dostała okropną
pomarańczową szatę Armat Chudleya, by razem mogli kibicować drużynie na
kolejnych meczach. A jednak uśmiechnęła się i podniosła głowę sponad książki,
którą właśnie czytała.
– Co takiego?
– Wynająłem nam domek na
weekend! Będziemy mogli spędzić trochę czasu sami tuż przed powrotem do szkoły!
– Ron! – Hermiona aż pisnęła z
radości i podskoczyła, odrzucając książkę na łóżko. – Ron! – objęła go. – Ron!
Och, jak cudownie! Gdzie?
– W pobliżu Annestown, w
Irlandii, nad morzem – odparł, wypinając dumnie pierś.
Hermiona stanęła na palcach i
pocałowała go. Sama nie mogła uwierzyć, że aż tak ją uszczęśliwił. Tak bardzo
chciała odpocząć po tej całej okropnej wojnie i nabrać dystansu przed nowym
rokiem szkolnym. Ich ostatnim. Ile czasu i nerwów ją kosztowało, by przekonać
Rona do powrotu! Naprawdę chciała spędzić czas z nim i Harrym i wreszcie móc
beztrosko się uczyć, by później objąć posadę w Ministerstwie. A potem mieli
wziąć ślub. Ron nie wyobrażał sobie tego inaczej, choć do tej pory się jej nie
oświadczył. Może miał taki zamiar w trakcie ich krótkich wakacji?
Teleportowali się do lasu
niedaleko Annestown, skąd zamierzali pójść do miasta, by kupić potrzebne im na
te dwa dni rzeczy. Hermiona była zachwycona piękną pogodą, obecnością Rona
trzymającego ją za rękę i perspektywą oderwania się od rzeczywistości. Już z
daleka czuła zapach morza; w piasku w lesie między igliwiem i szyszkami leżały
muszle. Wciągnęła mocno powietrze, przymknęła oczy i pomyślała, że to
najpiękniejsza chwila, jaką przeżyła od lat.
Ron opowiadał jej, co będą
robić. Obiecał, że to on będzie gotował, a ona będzie się relaksować. Będą
siedzieć na plaży, pływać i rozmawiać. Brzmiało to jak marzenie. Hermiona tylko
przytakiwała mu z uśmiechem, świadoma, że może lepiej by było, gdyby to jednak
ona gotowała. Nie wiedziała jednak, że Molly Weasley wyposażyła syna w słoiki z
gotowymi domowymi sosami i wskazówki, jak i z czym je połączyć, by stworzyły
kompletne danie.
Choć Ron często sprawiał
wrażenie półgłupka z wrażliwością ameby, w ostatnim czasie okazywał Hermionie
sporo uczuć. Teraz chciał jej pokazać, że potrafi być romantyczny. Może nie był
takim geniuszem jak jego dziewczyna, ale ją kochał. A to przecież było
najważniejsze.
W mieście zamierzali tylko
kupić świeże pieczywo, masło i wino. I świece, których Ron zapomniał zabrać z
domu. Tylko trochę marudził, że nie mogli wylądować bliżej i musieli przejść
kilka kilometrów w dół, a potem kilka kolejnych w górę. Annestown było miastem
tak mugolskim, jak tylko mogło być. Magia nie wchodziła w rachubę.
Zjedli miły obiad złożony z
owoców morza, po czym wspięli się na klif, na którym znajdował się ich domek.
Widok zapierał dech w piersiach. Bezkresne morze i przepaść tuż przed stopami
Hermiony. I ten wiatr, który rozwiewał jej włosy. Ron objął ją od tyłu i wtulił
twarz w jej szyję. Weekend zapowiadał się cudownie.
– Hermiono… Kocham cię –
szepnął, gdy leżeli wieczorem w łóżku.
– Ja ciebie też, Ron.
Usta Rona delikatnie dotknęły
ust Hermiony. Przyciągnął ją bliżej, nie przestając jej całować, a jego dłonie
błądziły po jej plecach. Hermiona nie potrafiła wyłączyć myślenia. Wiedziała,
do czego Ron dążył. I po szybkim rozważeniu wszystkich za i przeciw
stwierdziła, że byli razem, kochali się, więc dlaczego nie? Kiedyś musiało się
to zdarzyć. Nie oponowała więc, gdy Ron gładził ją po udach i pośladkach. Ani
gdy zdjął jej majtki i palcami stymulował jej łechtaczkę, a ustami wessał się w
jej pierś. Nawet ją to w jakiś sposób podniecało, choć wyobrażała sobie to
wszystko całkiem inaczej. Więcej pasji, więcej żaru. W końcu Ron zdjął również
swoje spodnie od piżamy i poczuła jego penisa we wzwodzie między swoimi udami.
Ron całował ją coraz mocniej i jednocześnie próbował w nią wejść. Gdy mu się to
udało, pisnęła cienko. Poruszał się w niej, najpierw powoli, a potem coraz
szybciej. Po tej pierwszej chwili bólu z każdym ruchem sprawiało jej to coraz
mniejszy dyskomfort. W końcu Ron osiągnął szczyt i w ten właśnie sposób
pozbawił Hermionę Granger dziewictwa. Po wszystkim wtulił się w nią.
– Było ci dobrze? – zapytał z
troską.
– Tak – odparła. – Było mi
dobrze, Ron.
I właściwie nie kłamała, nawet
jeśli wyobrażała sobie całą sytuację zupełnie inaczej.
Przez resztę wyjazdu Ron był
bardzo zadowolony z siebie. Karmił Hermionę, która dziwnie się czuła, bo
dopiero następnego dnia odkryła, jakie są konsekwencje seksu. Ledwo mogła
chodzić, bo bolało ją krocze. Ron, zgodnie z zasadą „pierwsze koty za płoty”,
na krótko przed teleportacją do domu postanowił skonfrontować Hermionę jeszcze
raz ze swoją męskością. I powiedział, że nie może się już doczekać ich
wspólnych wieczorów w dormitorium prefektów.
Hermiona pocieszała się, że z
każdym kolejnym razem będzie coraz lepiej, w końcu początki zawsze są trudne.
Pierwszego wieczoru w
Hogwarcie Hermiona zaprosiła do siebie Ginny. Młodsza dziewczyna
przeszmuglowała butelkę wina, by łatwiej było im, a raczej Hermionie,
rozmawiać. Po pierwszym kieliszku rozwiązał się jej język i opowiedziała Ginny
o swoich doświadczeniach z jej bratem.
– Nie martw się – pocieszyła
ją przyjaciółka. – Na początku zawsze tak jest. Potem z każdym razem będzie
coraz lepiej. Z Harrym też mieliśmy małe problemy, ale teraz jest cudownie.
Zresztą Ron, choć to obrzydliwe o tym myśleć, nie może być aż taki zły, skoro
Lavender była nim tak zachwycona. Ale z drugiej strony… kto wie… może nie miała
zbyt dużych wymagań. Będzie dobrze, Hermiono.
– Dziękuję, Ginny. Wiesz co?
Może po prostu więcej na ten temat poczytam!
Obie wybuchnęły śmiechem i
nalały sobie po kolejnym kieliszku.
Od pierwszego tygodnia w
szkole Hermiona miała wrażenie, że ktoś ją śledzi. Na każdym kroku czuła się
obserwowana, ale gdy się odwracała, nikogo nie było w zasięgu jej wzroku. Tego
wieczoru było podobnie. Wracała właśnie z biblioteki tuż przed ciszą nocną, gdy
poczuła na sobie czyjeś natarczywe spojrzenie. Przyspieszyła kroku, by jak
najszybciej znaleźć się w wieży Gryffindoru. Jej kroki odbijały się echem po
pustym korytarzu, co tylko wzmagało jej niepokój.
– Miona!
Serce nieomal stanęło jej ze
strachu.
– Ron! Wystraszyłeś mnie!
– Szukałem cię wszędzie –
powiedział jej chłopak i uśmiechnął się tajemniczo. – Chodź!
Pociągnął ją za rękę i
poprowadził do pustej sali transmutacji. Tam oparł ją o ścianę i wpił się w jej
usta. Hermiona jęknęła, poniekąd z przyjemności, a poniekąd z zaskoczenia. W
ostatnich tygodniach Ron zaskakiwał ją niemal w każdej wolnej chwili w jej
pokoju prefekta, ale jeszcze nigdy w miejscu, bądź co bądź, publicznym.
Wiedział, że nie lubiła manifestować ich związku. A teraz wsunął rękę pod jej
spódnicę i nie trwało to długo, gdy wsadził dłoń w majtki Hermiony. Po chwili
jego palce znalazły się w jej waginie i jęknęła jeszcze raz. Druga ręka Rona
zawędrowała pod sweter, by pieścić piersi dziewczyny. Gdy tylko poczuł, że
Hermiona wilgotnieje, zsunął jej majtki, po czym rozpiął rozporek i przeszedł
do rzeczy. Po paru minutach szybkich pchnięć Ron osiągnął swój cel. Hermionie
ledwo zdążył przyspieszyć oddech.
W końcu chłopak ją pocałował.
– Byłaś cudowna. Wracamy do
dormitorium?
Hermiona przytaknęła. Dziwne
wrażenie bycia obserwowaną wciąż jej towarzyszyło.
Minęło kilka kolejnych
wieczorów, gdy Hermiona wracała sama późno z biblioteki. I nieustannie czuła
się nieswojo. Ten obcy wzrok na jej karku… Powoli zaczynała mieć wrażenie, że
zwariowała. Ciągnęło się to tygodniami, a mimo wszystko nie zdarzyło się nic
złego! Popadła w jakąś paranoję. To niezdrowe. Chyba powinna zacząć pić eliksir
uspokajający, bo tak dalej być nie może. Niepokój zanikał dopiero w jej dormitorium.
Przez te wszystkie lata nigdy się nie bała chodzić nocą po zamku, nawet gdy
grasował w nim bazyliszek. Teraz powoli zaczynała panikować.
Wzięła kilka głębszych
wdechów. Już nie miała zbyt daleko do swojej sypialni. A następnym razem
wyjdzie po prostu wcześniej z biblioteki i będzie dobrze. A jutro wybierze się
do pani Pomfrey po eliksir uspokajający. I będzie dobrze.
Jeszcze raz obejrzała się za
siebie, ale, zgodnie ze swoimi oczekiwaniami, nikogo nie dostrzegła. Dopiero po
chwili zorientowała się, że nie może ani zrobić kroku, ani utrzymać równowagi.
Chciała krzyknąć, ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. A przed upadkiem
ktoś ją powstrzymał. Nim zdołała dostrzec, kto, została przerzucona przez
czyjeś ramię i zaniesiona do jednej z pustych klas.
Posadzono ją pod ścianą. Gdy
uniosła głowę, zobaczyła nikogo innego jak jej osobistego wroga, Dracona
Malfoya. Stał nad nią z zadowolonym wyrazem twarzy.
– Granger, nie możesz sobie
wyobrazić, jak długo czekałem na stosowny moment.
Hermiona chciała coś
powiedzieć, ale mogła tylko otwierać usta i delikatnie poruszać głową. Czuła
chłód ściany i kamiennej podłogi, nie czuła się spięta. Malfoy jej nie
spetryfikował. Co to za zaklęcie? Gdyby ją spetryfikował, byłaby sztywna jak
kłoda, o siedzeniu nie byłoby mowy, i nie dałaby rady wykonać najmniejszego
ruchu. Mogłaby tylko mrugać. Co tu się działo?
Młody mężczyzna usiadł tuż
obok niej na podłodze i złapał jej dłoń. Hermiona czuła, jak jego palce
delikatnie ją gładziły. Dziwne uczucie. W tej chwili myślała, że już naprawdę
oszaleje ze strachu. Draco Malfoy był śmierciożercą. Nienawidził jej. A teraz
ją miał w swojej mocy, a ona nie mogła nic zrobić. Modliła się, by ktoś
przyszedł i ich znalazł. By Ron jej szukał. Och, jak bardzo chciała w tym momencie,
by jej chłopak miał ochotę na seks! Ale wiedziała, że tego wieczoru nie ma na
to szans. Akurat dzisiaj zapowiedział, że urządzają z Harrym „męski wieczór” i
nie będzie mógł jej uszczęśliwić.
– Granger, chcę ci wyjaśnić,
co się tu dzieje. Nie musisz się bać. Nie zrobię ci nic złego. – Szczerze w to
wątpiła, choć wciąż delikatnie głaskał jej dłoń. – Zafascynowało mnie, co taka
porządnicka dziewczyna jak ty robi w bibliotece, w dziale ksiąg zakazanych, a
dokładniej w kategorii erotycznej. To było niezwykłe – obserwować cię, jak
czerwona na twarzy przeglądasz magiczną kamasutrę – ciągnął Draco, patrząc jej
w oczy. Sam miał dość niezwykły wyraz twarzy. Nie potrafiła go określić. Ale
potrafiła się zaczerwienić. Czuła, jak na jej twarzy pojawiają się wypieki.
Kamasutra! Jeszcze tego jej brakowało, by akurat Malfoy ją na tym przyłapał! –
Postanowiłem cię śledzić. Weasley jest dość marnym kochankiem, prawda, Granger?
Aż mi wstyd było, że musiałem to oglądać, postanowiłem więc, dobry, jaki jestem
z natury, pomóc. Dopiero wtedy zdecydowałem, że muszę cię uratować przed marnym
losem. Zatem, Granger, wyjaśnię w prostych słowach, o co mi chodzi, o ile
jeszcze nie zrozumiałaś. – Spojrzał jej w oczy, a ona zobaczyła, jak jego szare
oczy niemal przewiercają ją na wylot. Co on sobie uroił? – Pokażę ci, co znaczy
zrobić kobiecie dobrze.
Malfoy uśmiechnął się jak
zadowolony z siebie kot. Taki wyraz twarzy często obserwowała u Krzywołapa, gdy
ten przyniósł jej martwą mysz i domagał się pochwał. Dumny ze swojego
osiągnięcia. Choćby chciała – a nie chciała – nie byłaby w stanie pochwalić
teraz Malfoya za jego wspaniały pomysł. Bo ten pomysł wspaniały nie był.
Wprawiał ją w największe przerażenie.
– Aha, Granger. Ja wiem, że
jesteś wścibska, więc ci powiem. To zaklęcie… Nie pytaj o nie nikogo. Znają je
tylko śmierciożercy. Oni je wynaleźli. W żadnej książce nie znajdziesz
przeciwzaklęcia. Im wprawdzie służyło do gwałtów, ale my użyjemy go w znacznie
przyjemniejszym celu, prawda? Ja naprawdę chcę ci sprawić przyjemność i wierz mi,
że poczujesz wszystko. Och, Granger – szepnął jej do ucha – nawet nie
wyobrażasz sobie, jakie to będzie miłe…
Rozłożył koc na podłodze. „Nie
chcemy przecież, żebyś zmarzła i się przeziębiła”. Hermiona nie mogła nic
zrobić, gdy rozpinał jej kardigan, a potem koszulę. Cicho zamruczał z
zadowoleniem, gdy zobaczył jej bieliznę. Nie było to nic wyszukanego, ale odkąd
sypiała z Ronem, starała się już nie nosić prostej, bawełnianej, tylko coś
bardziej atrakcyjnego. Nie spodziewała się jednak, że akurat Draco Malfoy
będzie ją podziwiał. A on faktycznie wpatrywał się w nią jak kot w śmietankę.
Co on kombinował? Dlaczego ona? Czy on nie ma wystarczającej ilości
wielbicielek? Parkinson mu już nie wystarcza?
Pochylił się nad jej szyją i
bardzo delikatnie przesunął po niej językiem. Gdyby nie była tak sparaliżowana
ze strachu – już całkiem pomijając paraliż wywołany zaklęciem – i wykonawcą nie
był Malfoy, mogłoby jej to sprawić przyjemność. Czuła jego ciepły oddech na
swojej szyi, który powoli przesuwał się na jej dekolt. Do jej oczu powoli
zaczęły napływać łzy, więc zacisnęła powieki, by Malfoy tego nie dostrzegł.
Niech on już kończy! To było okropnie upokarzające.
Mężczyźnie się nie spieszyło.
Nie zadowolił się tylko rozpięciem jej ubrania. Zdjął z niej szatę, spódnicę i
bieliznę. Po chwili zastanowienia również podkolanówki i buty. Hermiona leżała
przed nim naga. Nie widziała go. Wciąż miała mocno zaciśnięte oczy. Postanowiła
po wszystkim rzucić na siebie samą zaklęcie zapomnienia. W tej chwili chciała umrzeć.
Na miejscu. Tak po prostu.
– Granger, jesteś warta kogoś
lepszego niż Wieprzlej – wyszeptał jej do ucha. – Kogoś, kto cię doceni. Kogoś,
kto potrafi dać ci rozkosz. Najchętniej bym cię wziął. Natychmiast. Ale tu nie
chodzi o mnie, tylko o ciebie… Granger, nie masz pojęcia, od jak dawna mi to
chodzi po głowie…
W końcu otworzyła oczy, by na
niego spojrzeć. Draco Malfoy oszalał! Kilka cruciatusów za dużo. Zupełnie mu
odbiło. A jednak zakończył swój wywód i powoli zdjął również z siebie ubranie.
W innej sytuacji, w innym życiu, może by ją ten widok pociągał. To ciało było
zupełnie odmienne od ciała Rona. Ron był miękki, Malfoy umięśniony. Zresztą
porównywanie ich nie miało sensu. W tym momencie wrócił do przerwanych
pieszczot. To prawda. Malfoy ją pieścił. Był delikatny, nie spieszył się.
Zaskoczył ją drobnymi pocałunkami na jej piersiach, a potem brzuchu. Jego
dłonie gładziły jej boki, uda… Nie wiedziała, ile czasu minęło, nim rozłożył
jej uda i przejechał językiem po ich wewnętrznej stronie. I przesuwał się coraz
wyżej, aż do jej… Ojej! Ciało Hermiony drgnęło, gdy dotknął językiem jej
łechtaczki. Czyżby zaklęcie przestało działać? Nie. Wciąż nie miała nad sobą
władzy. Ale z każdym najmniejszym dotykiem jej ciało reagowało! Hermiono,
opanuj się! To ci się nie może podobać! A jednak. Bo chciała coraz więcej.
Zamknęła oczy i starała się wyobrazić sobie, że to Ron.
Poczuła coś, czego wcześniej
nie doświadczyła. Do tej pory seks był jak obowiązek. Tym razem jednak
pragnęła. Pragnęła więcej tego dotyku. Pragnęła poczuć coś w sobie. I to
bardzo! I poczuła. Wsunął się w nią jeden palec, który zdawał się ją przez
chwilę badać, a zaraz podążył za nim drugi. Te dwa palce w jej waginie i język
stymulujący łechtaczkę… Nigdy czegoś takiego nie czuła. Ale chciała więcej i
więcej… I tak okropnie się tego pragnienia wstydziła.
– Granger, czy jesteś na mnie
gotowa? Chcesz mnie w sobie poczuć?
Nie! Hermiona opamiętała się.
Nie! Nie chcę! Ale jej ciało ją zdradziło. Jej ciało chciało. I to bardzo.
Drżało pod dotykiem mężczyzny, a jej rozkazy ignorowało! Poczuła, jak coś się w
nią wsuwa. Dużego i twardego. Przez pierwszą sekundę myślała, że będzie jak
zawsze. Trochę bólu i koniec. Ale nie. Draco Malfoy nie zamierzał tak szybko
skończyć. Zaczął powoli, delikatnie, ale z każdym pchnięciem odrobinę
przyspieszał. Ugryzł ją delikatnie w ucho, a jej ciało wygięło się w łuk. To
było tak wspaniałe, pierwotne uczucie, że Hermiona już w ogóle przestała
myśleć. Ostatnią myślą było, by to się nie kończyło. A potem tylko czuła. Czuła
eksplozję. Nie wiedziała czego. Jej świadomość się rozprysła. Hermiona tylko
była. A po chwili znowu czuła. I trwało to niemal bez końca. W końcu Malfoy
zwolnił i z niej wyszedł.
Wyczerpany położył się obok
Hermiony na kocu. Jej ciało wciąż wibrowało po tym przeżyciu, między nogami
czuła pulsowanie i lepką ciecz. Dopiero teraz ogarnęło ją prawdziwe
obrzydzenie. Malfoy. Jak on jej dobrze zrobił! Czuła się z tym okropnie. Powoli
obróciła głowę w jego stronę. Wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem.
– Jak ci się podobało,
Granger? Pozwolę ci mówić, ale jeśli zaczniesz krzyczeć, będę musiał cię
uciszyć, zgadzasz się?
Kiwnęła głową i po chwili
poczuła, że jej struny głosowe znów działają.
– Malfoy – syknęła. – Ty
podły, wstrętny… Ty… Jak Ron się o tym dowie, to cię zabije.
– Nie dowie się – odpowiedział
Malfoy spokojnie, lekko się do niej uśmiechając.
– A niby czemu?
– Bo ja mu nie powiem, a ty
tym bardziej. Granger, przecież wiem, że się nie odważysz. A wiesz dlaczego? Bo
musiałabyś mu powiedzieć, że ci się podobało. I wtedy by się dowiedział, jak
beznadziejnym jest kochankiem. Poza tym… już nigdy by cię nie dotknął, prawda?
Hermiona nie odpowiedziała.
Malfoy miał rację. Już nie zdołała powstrzymać łez.
– Granger, nie rycz. Było ci
dobrze. Nie skrzywdziłem cię – pogładził ją uspokajająco po ramieniu, po czym
wstał. – Patrz. Biorę moją i twoją różdżkę. Zdejmę teraz z ciebie zaklęcie i
będziesz mogła się ubrać. Potem oddam ci różdżkę i będziesz mogła iść spać.
Gdy odzyskała władzę nad
ciałem, obróciła się do Malfoya plecami, szybko założyła na siebie szaty.
Rękawem otarła łzy. Tak źle jej jeszcze nigdy nie było. Malfoy ją obserwował,
ale jej to nie obchodziło. Jakby cokolwiek mogła przed nim teraz ukryć. Jej
życie się skończyło. Rozpowie o tym całej szkole, jak zabawił się ze szlamą.
Ron ją znienawidzi. Tak samo, jak ona nienawidziła teraz siebie samej. Nie za
to, że dała się podejść, ale za to, że sprawiło jej to przyjemność. Dokładnie
tak, jak obiecywał.
Ubrana podeszła do niego, ale
rękę z różdżkami schował za plecami. Hermiona, nie namyślając się długo,
uderzyła go z pięści w twarz.
– Oddaj moją różdżkę, Malfoy.
Mężczyzna rzucił przedmiotem
przed siebie, a Hermiona poszła w tym kierunku. Opuszczając pomieszczenie,
spojrzała na niego, celując w niego różdżką.
– Nienawidzę cię, Malfoy. Nie
waż się do mnie więcej zbliżać, bo cię zabiję. – I wyszła.
– Też cię nienawidzę, Granger
– powiedział, gdy już wyszła, opierając twarz o kamienną ścianę, by zimnem choć
trochę złagodzić ból. – Ale jeszcze do mnie wrócisz.
Hermiona bała się komukolwiek
o tym powiedzieć. Rano poprosiła tylko Rona, by przekazał wszystkim, że jest
chora i nie przyjdzie na śniadanie. Ani na lekcje. Nie dała mu się pocałować,
mówiąc, że to pewnie zaraźliwe.
Ten argument do niego
przemówił – w końcu gdyby nie było naprawdę źle, Hermiona by z nauki nie
zrezygnowała. Przeczekała śniadanie, po czym wybrała się do skrzydła
szpitalnego.
– Co się stało, panno Granger?
– zapytała pani Pomfrey z troską. Dziewczyna postanowiła odpowiedzieć poniekąd
zgodnie z prawdą:
– Odkąd wojna się skończyła,
boję się. Że na każdym kroku czają się śmierciożercy, że chcą mnie skrzywdzić.
Boję się wracać wieczorami z biblioteki.
Wydawało jej się, że mówiła
spokojnie, ale gdy skończyła, zdała sobie sprawę, że przez cały czas płakała.
– Panno Granger, wojna się
skończyła… Pani przeżyła więcej niż inni, wykazała się ogromną odwagą. To
oczywiste, że strach musi w końcu znaleźć ujście. Proszę zostać przez parę dni
w łóżku, zrelaksować się, poczytać coś niezwiązanego z nauką, a gdy lęk nadejdzie,
oswoić go. Odkryć, skąd się dokładnie bierze, co konkretnie panią przeraża. A
gdy to nie pomoże, proszę wziąć eliksir uspokajający. Jedną fiolkę, gdy strach
się pojawi. Ale nie więcej niż dwa razy dziennie – zastrzegła pielęgniarka. – W
poniedziałek wróci pani na zajęcia, do tego czasu powinno być lepiej. Panno
Granger – dodała Poppy Pomfrey, gdy Hermiona opuszczała skrzydło szpitalne – ja
też się wciąż boję. Pewne rzeczy potrzebują po prostu czasu.
Ta krótka rozmowa trochę jej
pomogła. Niemniej Hermiona zastanawiała się, czy cała szkoła już wie. Jej
nieobecność na zajęciach tylko by potwierdziła wszystkie słowa Malfoya. Nie
chciała go widzieć, ale mieli razem, jak każdego roku, eliksiry, transmutację
oraz obronę przed czarną magią. Niemal połowę ich planu zajęć. W końcu
musiałaby na niego spojrzeć, jeszcze, o zgrozo! ich wzrok by się spotkał, a ona
musiałaby znieść jego drwiący uśmiech. Na samą myśl o tym musiała wypić
pierwszą fiolkę eliksiru. Miała szczęście, że do przerwy zostało jeszcze sporo
czasu. Mogła schować się u siebie i nikt jej nie spotkał.
Codziennie posiłki czekały na
nią w salonie dormitorium prefektów. Z każdym dniem jadła coraz więcej i już
mniej się bała. Gdyby Malfoy coś powiedział, już dawno musiałaby tłumaczyć się
Ronowi. Co za szczęście, że Malfoy stracił po wojnie stanowisko prefekta!
Jeszcze musiałaby go codziennie znosić w ich salonie. A wtedy już w ogóle nie
mogłaby spokojnie żyć. Tutaj była bezpieczna. On nie miał tutaj wstępu.
W końcu nadszedł poniedziałek.
Mimowolnie spojrzała w stronę stołu Slytherinu i dostrzegła jego blond włosy.
On też na nią popatrzył, ale obojętnie. Żadnych dwuznacznych uśmieszków. Jakby
prawie tydzień wcześniej nic się nie wydarzyło. Uspokoiło ją to; mogła
odetchnąć z ulgą. Przynajmniej dzisiaj.
Przez cały tydzień wychodziła
z biblioteki wcześniej, gdy szkolne korytarze były jeszcze pełne. Mimo wszystko
Malfoya spotykała tylko na lekcjach, ale jego zachowanie nie wskazywało na
dalsze zainteresowanie jej osobą. Powoli dochodziła do wniosku, że to był jeden
raz i już niczego od niej nie zechce.
Powoli wracała do późniejszych
powrotów z biblioteki, a Ronowi mówiła, że wciąż źle się czuje – w ten sposób
unikała kolejnych zbliżeń. Czuła do siebie obrzydzenie i nie chciała, by jej
dotykał. By ktokolwiek jej dotykał. Sama spędzała ponad godzinę każdego dnia w
łazience, próbując z siebie zmyć wspomnienie dłoni i innych części ciała
Malfoya. Nie udawało jej się to. A gdy tylko wracała myślami do tamtych chwil –
co zdarzało jej się nagminnie – czuła, że jej majtki stają się mokre. Zmieniała
je kilka razy dziennie. I za to siebie i jego już w szczególności nienawidziła.
Straciła zaufanie do swojego ciała, co było okropne. Szukała eliksiru na tę
przypadłość, ale ku jej zdziwieniu okazało się, że świat najwyraźniej nie
oczekiwał tego samego efektu co ona. Znalazła tylko multum receptur na
zwiększenie wilgotności. Książki po raz pierwszy w życiu zawiodły ją na całej
linii.
Minęły już prawie trzy
tygodnie od tamtego incydentu – jak Hermiona w myślach nazywała spotkanie z
Malfoyem – i dziewczyna nabrała odwagi, by opuścić bibliotekę dopiero w czasie
jej zamknięcia. Wprawdzie wciąż czuła się obserwowana, ale zrzuciła to na
paranoję. Ostatecznie się uspokoiła, gdy przez kilka dni nic się nie wydarzyło.
Tym razem wracała zatopiona w
swoich myślach. Dopiero co przeczytała bardzo ciekawy traktat medyczny na temat
wydzielin ciała, który miał ją – przynajmniej taką wyrażała nadzieję –
naprowadzić na właściwy tor w poszukiwaniach jakiegoś sposobu na słabość jej
ciała. Po chwili poczuła, jak ktoś obejmuje ją od tyłu i wtula twarz w jej
włosy.
– Ron?
– Nie, skarbie, nawet w
przybliżeniu.
Hermiona spróbowała się wyrwać
z objęć mężczyzny, a gdy to nie poskutkowało, sięgnęła do wnętrza szaty, gdzie
zawsze trzymała różdżkę. Ale jej tam nie było. Za to poczuła lekkie ukłucie
między żebrami.
– Tego szukasz?
Miał jej różdżkę i był
silniejszy. Wpadła w panikę. Przycisnął jej ciało jeszcze mocniej do siebie, na
co zareagowało ono w jednej chwili. Od razu poczuła, jak jej bielizna moknie.
Co było z nią nie tak? Wydała z siebie dziwny pisk.
– Ciiiiii…! Albo pójdziesz ze
mną jak grzeczna dziewczynka, albo będę musiał cię zmusić do posłuszeństwa…
Hermiona potulnie kiwnęła
głową, a gdy poluzował uścisk, wyrwała mu się i odbiegła parę kroków, nim
dosięgło ją zaklęcie. Kolejne powstrzymało ją przed upadkiem. Po chwili wisiała
przerzucona przez jego ramię jak bezwładna lalka i trafili do pomieszczenia.
Tym razem nie było tam koca, a materac. Czyżby zatroszczył się o ich wygodę? Malfoy
był psychopatą. Nie było innego wytłumaczenia! Położył ją na materacu i rzucił
kilka zaklęć na salę, w której się znajdowali.
– Granger, dzisiaj idziemy o
krok dalej. Wyciszyłem ten pokój, więc możesz bez ograniczeń wzdychać, jęczeć i
krzyczeć moje imię! – Uśmiechnął się szelmowsko. – Najchętniej pozwoliłbym ci
się ruszać, ale wciąż sprawiasz kłopoty. Nie było ci ostatnio dobrze?
– Nie! Malfoy, uwolnij mnie!
Czego ty ode mnie chcesz? Nie wystarczy ci, że już mnie zeszmaciłeś?!
Hermiona rzucała głową na
boki, ale reszta jej ciała ani drgnęła. Zaklęła ze złości. Malfoy uniósł brwi w
zdziwieniu. Takich słów się po niej nie spodziewał. Spokojnie rozpiął koszulę i
zdjął spodnie. Ta jego nonszalancja doprowadzała ją do szału. Krzyczała ile sił
w płucach, ale nic to nie dawało. Teraz Malfoy uklęknął między jej udami i
delikatnie gładził nagą skórę między podkolanówkami a linią majtek. Gdy dotarł
do góry, kącik jego ust uniósł się lekko.
– Granger – zamruczał,
dotykając mokrego materiału – ty naprawdę za mną tęskniłaś.
Zamilkła. Jej przeklęte po
wsze czasy ciało!
– To nieprawda! Posikałam się
ze strachu! – warknęła, nie zważając na to, co mówi. Dopiero po sekundzie
zorientowała się, co palnęła.
Malfoy powoli zdjął jej
bieliznę i przejechał palcem po jej waginie.
– Nie, Granger. Zdecydowanie
za mną tęskniłaś.
Delikatnie wsunął w nią jeden
palec, a dziewczyna jęknęła.
– Zabierz ode mnie swoje
brudne łapy! – wydyszała, ledwo łapiąc oddech, gdy palec mężczyzny powoli się
wsuwał i wysuwał.
– Wybacz – powiedział, unosząc
obie ręce do góry, po czym straciła jego twarz z oczu, ale poczuła jego język.
– Malfoy! – jęknęła.
– O tak! Jęczysz coraz
piękniej, Granger. Bardzo chciałbym cię wziąć. Teraz – wymruczał, po każdym
słowie przeciągając językiem po jej łechtaczce. – Ale przecież chcemy, by to
tobie było przyjemnie. Chcesz tego, Granger?
– Tak! – Jęknęła i od razu
otrzeźwiała. – Nie! Zostaw mnie w spokoju!
– Jak sobie życzysz.
I odsunął się od niej.
Patrzyła na niego z brakiem zrozumienia na twarzy. A on wrócił, przekręcił ją
na bok i przytulił się od tyłu, obejmując ją ramionami. Jego ciepły oddech
łaskotał jej kark. Na swoich pośladkach czuła erekcję Malfoya. Pomyślała, jak
to by było wspaniale, poczuć w sobie… Jęknęła. On ją chciał doprowadzić do
obłędu!
– Jaka szkoda, że mnie nie
chcesz… – Szepnął jej prosto do ucha. – Tak bardzo chciałbym w ciebie wejść… I
sprawić ci przyjemność. I jeszcze więcej. Szybciej i szybciej…
Wraz z jego słowami, jej
oddech przyspieszał. Gdyby mogła się poruszać, jej ciało byłoby wciąż poza jej
kontrolą, bo z całą pewnością by przyjęło tę propozycję, nie pytając jej o
zgodę. Malfoy poruszył swoimi biodrami, przyciskając Hermionę do siebie
bardziej. Myślała, że zwariuje. Jęknęła po raz kolejny.
– Tylko jedno słowo, Granger…
– Wyszeptał jej do ucha i złożył delikatny pocałunek tuż obok niego. Jej ciało
zadrżało. Milcz, idiotko, milcz! Nie waż się odezwać! – Chcesz poczuć, jaki
jest twardy i gotowy, by dać ci rozkosz?
– Tak – jęknęła, nie panując
nad sobą.
Malfoy zsunął swoje bokserki i
delikatnie przesunął jej dłoń na swojego penisa.
– Proszę…!
– Co mówisz, Granger? Nie
dosłyszałem.
Jak on się z nią drażnił!
– PROSZĘ, MALFOY! Weź mnie, do
cholery jasnej!
Jednym ruchem obrócił ją na
plecy i zarzucił sobie jej nogi na ramiona. Była tak mokra, że wsunął się w nią
bez trudu. Nie próbował być delikatny. Dawał jej to, czego najwyraźniej
chciała. Krzyczała i jęczała, nie dała rady wydusić z siebie ani jednego
zrozumiałego słowa. Najpierw doszła ona, potem on, i oboje leżeli obok siebie,
próbując uspokoić oddech. Dopiero po dłużej chwili zorientowała się, że już nie
jest pod wpływem czaru i może się ruszać.
Wstała, krytycznie obserwując
swój strój. Spódnica była brudna od jej wilgoci i jego nasienia.
– Malfoy, do diabła, nie
mogłeś uważać? – Warknęła, patrząc na niego ze złością.
– Było ci dobrze, Granger? –
Zignorował jej pytanie.
– Nie!
– W takim razie puść wodze
fantazji i wyślij mi sową wiadomość, co chcesz robić następnym razem. Jestem do
twoich usług.
Malfoy uśmiechał się leniwie,
wciąż leżąc jedynie w rozpiętej koszuli. Miał zamknięte oczy i wyglądało na to,
że jest mu wszystko jedno, co się teraz stanie. Jemu było zdecydowanie dobrze.
– Nie będzie następnego razu –
powiedziała, łapiąc za swoją różdżkę, i zostawiła go samego.
Nie mógł nie zauważyć, że tym
razem go nie uderzyła.
Już się nie bała. Była
wściekła. Na niego, na siebie, na Rona, na wszystko i wszystkich! Była tak zła,
że najchętniej by kogoś przeklęła. Już mu się nie da złapać. Nie ma mowy!
Rzuciła na siebie zaklęcie kameleona i wyciszające zaraz po wejściu do pokoju
wspólnego Gryffindoru, a następnie skierowała się do dormitorium chłopaków.
Cicho przeczesywała kufer Harry'ego, aż znalazła mapę Huncwotów. Zbladła ze
strachu. Dopiero po chwili do niej dotarło, że gdyby spojrzeli na mapę, gdy ona
i Malfoy… To byłby koniec. Ich przyjaźni i czyjegoś życia. Nie była pewna, kogo
Ron by jako pierwszego zabił. A ostatecznie to tylko i wyłącznie ona miałaby
problemy, bo Malfoy by Rona tylko przeklął, a potem żył dalej jak wcześniej.
Zabrała mapę i opuściła wieżę
Gryffindoru.
Mijały tygodnie, a Hermiona
nie wpadała na Malfoya. Z nosem w mapie Huncwotów pokonywała drogę z biblioteki
do swojego pokoju. Gdy tylko Malfoy pojawiał się w pobliżu, zmieniała trasę i
wszystko szło jak po maśle. Prawie. Wciąż nie chciała się przyznać do swojego
niezaspokojenia i pożądania. Ciągle warczała na przyjaciół, nie mogąc znaleźć
sobie miejsca. Pragnęła seksu. I to bardzo. Czasem spoglądała na Rona, po czym
tylko prychała pod nosem. On nie był tym, kogo potrzebowała.
Hermiona Granger potrzebowała
Dracona Malfoya. Natychmiast.
Wciąż się brzydziła tymi
uczuciami, ale była z siebie dumna, że im się nie poddawała. Tylko jej majtki
były mokre, gdy tylko na niego spojrzała albo usłyszała jego imię. Albo gdy jej
się śnił nocami. Czasem na nią patrzył, gdy sowia poczta nie dostarczyła mu od
niej żadnej wiadomości, a ona wytrzymywała jego wzrok, choć całe jej ciało
drżało, a pulsowanie między nogami nie dawało jej spokoju. Wciąż szukała
lekarstwa, ale go nie znalazła. Uznała, że w końcu się odzwyczai. Najdalej do
końca roku szkolnego, potem Malfoya więcej nie zobaczy i będzie mogła zacząć
nowe życie. To był doskonały plan, choć na jej gust trochę zbyt długoterminowy.
Gdy na nią patrzył, zaciskała uda z całej siły, by stłamsić to zdradzieckie
uczucie między nimi. Nie mógł być taki dobry. Nikt nie mógł być taki dobry!
To była ostatnia lekcja
eliksirów przed Bożym Narodzeniem. Profesor Slughorn w przypływie dobrego
humoru postanowił, że mogą sami wybrać, jaką miksturę chcą robić. Podzielił ich
na pary zgodnie ze stopniem zaawansowania w eliksirach i, jak można było się
spodziewać, Hermiona wylądowała z Malfoyem. Jej plan unikania go diabli wzięli.
– Granger, co powiesz na
amortencję?
– A co ty na wywar żywej
śmierci, Malfoy? – Odparła, nawet na niego nie patrząc. – Możesz go nawet
przetestować, nie będę cię powstrzymywać.
– Skoro ja mam testować, to
może zrobimy syrop na kaszel? – Zapytał niemal przymilnie.
Hermiona musiała się
powstrzymać przed parsknięciem śmiechem. Wsadziła nos w podręcznik i kartkowała
go zawzięcie, byle tylko nie spojrzeć na mężczyznę.
– Euforia – postanowiła. – Nie
jest to zbyt łatwy eliksir i raczej się nim nawzajem nie skrzywdzimy.
– Nie lubię mięty…
– W takim razie postanowione.
Ty ją będziesz siekał, Malfoy.
– Grabisz sobie, Granger…
Podzielili się zadaniami.
Mięta miała trafić do kociołka na samym końcu, a potem wywar miał się gotować
na małym ogniu przez pół godziny. Po dziesięciu minutach stygnięcia powinien
być gotowy. Hermiona ucierała, Malfoy siekał. Walczyła z korzeniem piołunu i
kolcami jeżozwierza, gdy mężczyzna kroił figę abisyńską na idealne, malutkie
kawałeczki. W tym czasie na dnie kociołka zwęglały się rozgniecione fasolki
sopophorusa.
Hermiona była bardzo
zadowolona, że miała co miażdżyć i ucierać, bo w ten sposób łatwiej jej było
nie myśleć o bliskości Malfoya. Tak mocno zaciskała szczęki, że się bała, że
połamią jej się zęby. Sama jego obecność działała na nią w sposób, który ją
doprowadzał do szału. Niech go wszyscy diabli! On ją jednak ignorował. W
spokoju koncentrował się na swojej fidze, od czasu do czasu mieszając fasolki,
by równomiernie się przypiekały i pod żadnym pozorem jakaś nie pozostała
surowa. Trzeba było wyczuć odpowiedni moment, by zalać je sokiem z cytryny, a
następnie szczypta po szczypcie dodawać piołunu. Hermiona utarła swoje
składniki na pył. Dawno jej to tak dobrze nie wyszło. Ale dawno nie próbowała
się na czymś tak intensywnie skupić.
Malfoy się nad nią pochylił,
by sięgnąć po pęczek mięty, gdy Hermiona poczuła jego dłoń na swoim udzie.
Wstrzymała oddech. Nikt nie mógł tego widzieć – wszyscy byli skoncentrowani na
swoich własnych eliksirach, w sali było głośno… Zamarła ze strachu. Dłoń
Malfoya delikatnie przesunęła się po jej kroczu.
– Cholera, Granger, ty jesteś
mokra na sam mój widok… – Wydyszał ze zdumienia. Jemu samemu zrobiło się
właśnie ciasno w spodniach.
– Spieprzaj, Malfoy! –
Wysyczała i poderwała się na nogi. – Panie profesorze, mogę iść do łazienki?
– Oczywiście, idź –
odpowiedział profesor Slughorn, zbliżając się do ich stanowiska. – Jak państwu
idzie, panie Malfoy?
– Dobrze, profesorze. Czy też
mogę wyjść, jak tylko dodam miętę? I tak pozostanie tylko czekać.
Nauczyciel zajrzał do kociołka
i pociągnął nosem.
– Nie powinno być problemu.
Malfoy uśmiechnął się pod
nosem i czym prędzej posiekał ziele, wrzucił do eliksiru, zamieszał trzy razy w
prawo i opuścił salę.
Hermiona stała przy umywalce w
łazience dla dziewcząt i oblewała twarz zimną wodą. Cholera, cholera, cholera!
I tyle z trzymania się od niego z daleka! Miała dość tego napięcia! Na pewno
można było się go jakoś pozbyć!
I w tej chwili Malfoy wtargnął
do łazienki. Hermiona od razu zrobiła dwa kroki w tył, ale on bez słowa do niej
podszedł i przyparł do ściany. Wpił usta w jej usta i jednym ruchem zdarł jej
majtki, a ona objęła go nogami w pasie. Zaraz po tym rozpiął rozporek i wszedł
w nią bez ostrzeżenia.
– Malfoy… A jak ktoś tu
wejdzie?… – Wysapała w jego usta.
– Nie wejdzie – warknął,
przyspieszając pchnięcia.
Nie trwało to długo, ale było
intensywnie. Oboje pozbawili się napięcia. Hermiona patrzyła na swoją rozdartą
bieliznę.
– Nie gap się tak, wracamy do
klasy – powiedział Malfoy.
– Muszę iść do dormitorium po
nowe majtki…
– Nie. To kara za to, że się
tak długo przede mną chowałaś, Granger.
Stanęła jak wmurowana.
– Nie masz nic lepszego do
roboty, Malfoy? Nie możesz znaleźć sobie innej zabawki?
– Porozmawiamy o tym
wieczorem, Granger – odparł zimno i opuścił łazienkę.
Hermiona stanęła przed lustrem
i wpatrywała się w swoje odbicie. Miała wrażenie, że patrzy na nią obca osoba.
Ochlapała twarz zimną wodą, by choć trochę osłabić rumieńce i schłodzić
nabrzmiałe od pocałunków usta. Doprowadziła też swoje włosy i ubranie do jako
takiego porządku.
Co ona najlepszego zrobiła?
Wieczorem wyszła z biblioteki
przygotowana na spotkanie Malfoya. Tak naprawdę spędziła cały wieczór,
wgapiając się tępo w jeden punkt, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. W końcu
pani Pince wyrzuciła ostatnich zbłąkanych czytelników, w tym Hermionę. Gdy dziewczyna
zobaczyła Malfoya, podążyła za nim. Czuła się, jakby szła na stracenie. Dwa
pierwsze razy. Na nie nic nie mogła poradzić. To, że jej się podobało, nie
miało znaczenia. Nie zrobiła tego dobrowolnie. Za trzecim… Jest taka głupia! Ma
chłopaka, którego kocha (a któremu nie pozwala się dotknąć od dwóch miesięcy –
dodał cichy głosik w jej głowie). Musi to coś z Malfoyem zakończyć. Teraz. Od
razu. Tak przynajmniej mówił jej rozsądek. Ciało mówiło coś innego. Rwało się
do niego. To tylko cielesność. Rzecz naturalna. Zwierzęce przyciąganie, nic
więcej. A przecież nie można wystąpić przeciwko naturze. Prawda…?
Malfoy zniknął za drzwiami na
końcu korytarza. Hermiona poszła w jego ślady. Gdy zamknęła za nimi drzwi,
stanęli naprzeciw siebie i wpatrywali się w siebie bez słowa. Światło zaledwie
kilku świec otulało pomieszczenie ciepłym, ale niepokojącym blaskiem.
– Czego ode mnie chcesz,
Malfoy?
Draco Malfoy zawsze dostawał
to, czego chciał, z wyjątkiem jednej rzeczy – miłości. Wiedział, że rodzice go
kochali, ale pragnął, by mu to pokazali, oni jednak woleli wynajdywać mu coraz
to lepsze opiekunki. W końcu na jego piętnaste urodziny ojciec podarował Draco
kobietę do towarzystwa, która miała zrobić z niego mężczyznę. To ona nauczyła
go wszystkich sztuczek, a po skończonej nauce zniknęła. Draco wykorzystywał
zdobytą wiedzę w praktyce, ćwicząc z Pansy Parkinson. Nie sprawiało mu to
jednak radości. Pansy była nudna, zakochana w nim po uszy i chciała zostać
kolejną panią Malfoy. Mimo to nie doceniała starań Draco, by było jej dobrze.
Seks jej nie interesował. Chciała to mieć za sobą – skoro Draco był szczęśliwy,
to ona też. W końcu i chłopakowi przestało się chcieć.
Potem przyszła wojna. Widział,
co śmierciożercy robili z kobietami. Jemu udało się tego na szczęście uniknąć,
bo starsi uważali, że jest za młody na takie nagrody. Było mu to na rękę. Z
jednym wyjątkiem – gdy Bellatrix torturowała Hermionę Granger, pomyślał, że
chce ją mieć dla siebie. Granger. Święta Granger. Najpierw napędzała go
nienawiść, a po wojnie sam już nie wiedział co, bo cały jego światopogląd legł
w gruzach. Draco się bał. Bał się tego nowego świata, w którym nie było miejsca
dla Malfoyów. Ale Granger wciąż chciał. Najpierw chciał ją zniszczyć. Zniszczyć
świętą trójcę, która uważała się za lepszą od niego. A Granger była najlepszym
środkiem do celu.
Śledził ją przez długi czas,
by trafić na odpowiedni moment. Pech – a może fart? – chciał, że stał się
świadkiem stosunku Weasleya z Granger. Zrobiło mu się jej żal. Najzwyczajniej w
świecie żal. Wykonywała swój obowiązek, takie miał wrażenie, ale nie miała w
tym żadnej radości. Zmienił zatem swoje plany i uznał, że rozkosz to też
tortura. Nie spodziewał się jednak efektu, jaki udało mu się osiągnąć. Jedno
wiedział – mógł jej nienawidzić, mógł być podły, ale w trakcie seksu nie mógł
potraktować jej źle. Bo była kobietą. Tylko tyle i aż tyle. Może nie było to
zamysłem Lucjusza Malfoya, ale jego syn nauczył się jednego – kobiet nie wolno
traktować jak przedmiotów.
Chciał jej to powiedzieć, gdy
tak przed nim stała i czekała na odpowiedź. Czekała długo. A on rozmyślał, jak
jej to przekazać, by nie wyjść na romantyka ani na chama. Ani na słabeusza. Ale
on chciał ją zatrzymać dla siebie, bo go tak cholernie pociągała. Myślał, że
wystarczy mu raz z nią, tylko jeden raz… Ale pragnął jej więcej. Pragnął tego
uczucia, które się pojawiało, gdy ją podniecał, a udawało mu się to wybornie.
Tego dnia na eliksirach myślał, że oszaleje, weźmie ją na stole, przy
wszystkich, tak go rozpaliła świadomość, że ona go równie mocno chce.
– Mówiłem ci już, Granger –
odparł, patrząc jej prosto w oczy. – Chcę ci sprawiać przyjemność. Bez końca.
– Ale dlaczego?
– Bo to znowu sprawia
przyjemność mi.
Zauważył, jak się spięła. Jej
całe ciało zesztywniało.
– Malfoy, ja jestem z Ronem. Kocham
go. Nie chcę go zdradzać. Nie sprawiasz mi przyjemności.
Ostatnie zdanie wypowiedziała
niemal szeptem. Kłamała. I to bardzo.
Zbliżył się do niej. Bardzo
wolno. Założył jej kosmyk włosów za ucho i delikatnie przejechał palcem po jej policzku.
– Nikt ci nie broni go kochać.
My chcemy się tylko dobrze bawić. Poza tym nie ma między nami nic, Granger. To
nie liczy się jako zdrada.
– Nikt nie może się
dowiedzieć.
– Żadna żywa ani martwa dusza.
Obiecuję.
– To tylko układ. Jak będę
chciała, mogę odejść.
– W każdej chwili.
Mówili szeptem. Hermiona
podejrzewała, że podjęła właśnie najgorszą decyzję w swoim życiu.
Na ostatnią chwilę odwołała
swój wyjazd do Nory. Postanowiła zostać na Boże Narodzenie w Hogwarcie.
Wymówiła się dużą ilością nauki. Ginny i Harry powiedzieli, że się o nią
martwią, bo od dłuższego czasu zachowuje się dziwnie. Hermiona wytłumaczyła
swoje zachowanie po raz kolejny wojną, że sobie z tym nie radzi. Wydawali się
rozumieć. A ona czuła się z tym źle.
Snuła się po dormitorium
prefektów, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca. W bibliotece też przestała się
dobrze czuć. Malfoy wyjechał na święta do matki. Była sama, tak jak tego
chciała. Marzyła o tym, by poukładać swoje myśli, ale nie potrafiła.
Przesypiała całe dnie, nocami szukała dla siebie ukojenia. Nie znalazła go.
Między świętami a nowym rokiem
dostała list. Od razu się ubrała i opuściła teren szkoły. Malfoy czekał na nią
w Hogsmeade.
Nawet się nie przywitali, od
razu wylądowali na łóżku. To był ich pierwszy raz, gdy faktycznie poszli ze
sobą do łóżka. Przez cały czas nie odezwali się do siebie nawet słowem.
Spieszyli się, spragnieni swoich ciał. Minęło zaledwie kilka dni, niecały
tydzień, ale obojgu czegoś brakowało, co znaleźli w obskurnym pokoju gospody
Pod Świńskim Łbem. Hermionie ciągle było mało. Wbijała paznokcie w ciało
Malfoya, by przyciągnąć go bliżej siebie, by wszedł w nią jeszcze głębiej. On
zaś nie odrywał ust od jej szyi i tak spleceni poruszali się rytmicznie, nie
pozostawiając między sobą niemal żadnej przestrzeni. Po twarzy Hermiony
spłynęło kilka pojedynczych łez, ale tego nie zauważyła.
Gdy skończyli, dalej tak
leżeli, niemal spojeni ze sobą. Wciąż nie powiedzieli do siebie ani słowa. Po
długim czasie każde z nich wróciło do siebie. W milczeniu.
Ten romans trwał niezakłócony
do końca lutego. Gdy Harry wpadł w panikę, że zniknęła mapa Huncwotów, Hermiona
udawała, że pomaga mu szukać, choć sama ją schowała tak dobrze, że nikt by jej
nie mógł znaleźć. Udawała, że o niczym nie wie. Popołudnia spędzała z przyjaciółmi
i ze swoim chłopakiem, a nocami spotykała się z Malfoyem. Byli ostrożni, nikt
się nie dowiedział, co oboje przyjmowali z ulgą. Ona nie chciała zrujnować
swojego związku dla krótkotrwałego szaleństwa, on dbał o swoją reputację. W
końcu między nimi to był tylko układ; żadne z nich nie oczekiwało niczego
więcej. Do końca szkoły, postanowili oboje, niezależnie od siebie. A potem ich
drogi się rozejdą na zawsze.
Pierwszego marca Ron świętował
urodziny. W pokoju wspólnym Gryffindoru odbyła się wielka impreza. Ktoś
przemycił Ognistą Whisky Ogdena, ktoś inny załatwił mnóstwo piwa kremowego.
Hermiona popijała czerwone wino i bawiła się ze wszystkimi. Śmiała się, jak od
dawna jej się nie zdarzyło, i tańczyła. W tym momencie była szczęśliwa, nawet
jeśli gdzieś w niej tkwiła świadomość, że tej nocy nie spotka się z Malfoyem.
Nie przeszkadzało jej to. Korzystała z tej chwili. Grała z innymi w
eksplodującego durnia i jeszcze więcej piła. Gdy impreza skończyła się o
trzeciej nad ranem, opuścili z Ronem pokój wspólny, by wrócić do dormitorium
prefektów.
Gdy przycisnął ją do ściany,
nie oponowała. Oddawała mu pocałunki i myślała sobie: Co mi, cholera, szkodzi.
Ma urodziny. I dała podciągnąć sobie spódnicę. Ściskał jej pośladki,
jednocześnie pompując w nią całym ciałem. Była na tyle pijana, że nie robiło
jej to większej różnicy. Po prostu tam była i myślała o Anglii, gdy Ron
uprawiał z nią seks. Nie trwało to długo. Po zaledwie paru minutach byli już w
pokoju. Hermiona wzięła tylko szybki prysznic i padła na łóżko. Chwilę później
przyszedł Ron i się do niej przytulił.
– Tęskniłem za tobą –
powiedział.
Hermiona udawała, że śpi.
Wciąż kochała Rona. Wprawdzie
brakowało między nimi chemii, nie było namiętności – przynajmniej z jej strony
– ale niezaprzeczalnie go kochała. Nie potrafiła sobie wyobrazić, by mogła
poślubić kogokolwiek innego. Dzieci innych niż rude. Rodziny innej niż
Weasleyowie. Dla dobra tej wizji przyszłości postanowiła, że bardziej się
postara. Będzie dla niego milsza. Jeszcze tylko parę miesięcy i już nie będzie
musiała czuć do siebie obrzydzenia. I może wtedy to napięcie zniknie.
Tego wieczora uderzył ją. Po
tym, jak ją spoliczkował, popchnął ją na ziemię i zdarł z niej ubranie.
Zanurzył dłoń w jej włosach, ale nie z czułością, ale dziką furią. I wszedł w
nią od tyłu, choć zawsze mówił, że lubi patrzeć w jej twarz. Jedną dłonią
szarpał ją boleśnie za włosy, drugą ściskał pierś. I ugryzł ją w kark. Zawyła z
bólu. A on tylko szarpnął mocniej i posuwał ją mocniej i mocniej. Agresywnie.
– Jesteś moja, Granger.
Zapamiętaj to. Moja. Zabiję każdego, kto cię dotknie!
Załkała. Odskoczył od niej jak
oparzony.
Leżała jak kupka nieszczęścia
na kamiennej podłodze. Patrzył, jak z jej karku spływa krew. Przez moment nie
wiedział, co się stało, a gdy to do niego dotarło, ukrył twarz w dłoniach i
rozpłakał się jak mały skrzywdzony chłopiec. Opadł na podłogę. Co on
najlepszego zrobił? Jak on mógł? Jak mógł się tak dać opętać zazdrości?
Czekał na nią. Miał nadzieję,
że mimo wszystko po imprezie się spotkają. Z wieży Gryffindoru wyszła z
Weasleyem. Trzymali się za ręce. Śmiała się. Była lekko pijana i tak cholernie
pociągająca. Najwidoczniej nie tylko on tak uważał. Weasley się w nią wessał. W
jego Granger! A potem ją wziął. Na korytarzu, jak jakąś pierwszą lepszą. A ona
nic nie powiedziała. Nic nie zrobiła. Pozwoliła na to. Miał ochotę trzasnąć
Weasleyem o ścianę. Zabić go gołymi rękoma. Jakimś cudem zdołał odejść. To
naprawdę był cud. Ponad jego siły.
Jakoś nigdy nie wziął pod
uwagę, że jego Granger wciąż może sypiać z kimś innym. Wprawdzie ona i
Wieprzlej byli parą, ale jakoś nie łączył ze sobą tych faktów. Myślał, że jest
tylko z nim. Z Draconem Malfoyem. Tego tam mogła sobie kochać, jak to lubiła
powtarzać, by poczuć się lepiej, ale to z Draco było jej dobrze. A może jej nie
wystarczał?
Nie chciał, by to się tak
potoczyło. Płakał, trząsł się na całym ciele. Nigdy sobie tego nie wybaczy.
Nigdy! Miał sprawiać jej przyjemność, rozkosz. A teraz potraktował ją jak
szmatę, wytarł nią podłogę. I żadne z nich nie zaznało przyjemności.
Po długiej chwili poczuł na
ramieniu ciepły dotyk.
– Draco… przepraszam.
– Hermiona… ja… straciłem
rozum. Przepraszam. Nie miałem prawa cię tak potraktować.
Hermiona oderwała dłonie od
jego twarzy i przytuliła go do siebie. Sponiewierał ją, to prawda. Był okrutny,
to prawda. Ale gdy miała wypowiedzieć jeszcze jedną prawdę, to go rozumiała.
Bardzo dobrze. Wcale nie zareagowałaby lepiej, widząc go z inną kobietą. Byłaby
wściekła. Zraniona. Nie ręczyłaby za siebie.
Głaskała go po włosach, wciąż
przyciskając do swoich piersi. Drżała. Z zimna i emocji, które ją ogarniały.
– Wiem, że to tylko układ
między nami – powiedział, podnosząc głowę i patrząc jej w oczy. – Ale ja tak
nie mogę. Nie mogę żyć z myślą, że sypiasz jeszcze z kimś innym. Obiecałem, że
możesz odejść w każdej chwili. Odejdź. Idź do swojego… Rona. Możesz mieć tylko
jego albo mnie, ale nie obu na raz.
Hermiona pocałowała Dracona
Malfoya w czoło, po czym założyła na siebie zniszczone szaty i opuściła
komnatę.
Draco patrzył, jak zamykają
się za nią drzwi.
– Kurwa! Kurwa, kurwa, kurwa!
– krzyczał, waląc pięścią w podłogę.
Krzyczał dalej, ale i tak czuł
tylko pustkę. W końcu zebrał się w sobie i wrócił do swojego dormitorium, gdzie
postanowił wypić za swoją głupotę. Za utratę tych kilku miesięcy szczęścia,
które by na niego jeszcze czekały, dopóki wszystkiego nie zepsuł.
Następnego dnia cała szkoła
huczała od najnowszej plotki. Hermiona Granger rzuciła Rona Weasleya. Istniało
wiele tez na temat powodów i sposobu. O ile co do tego ostatniego ktoś trafił z
przypuszczeniami, to przyczyny były najdziksze, ale żadna z nich ani trochę nie
zbliżała się do prawdy.
Draco Malfoy nie pojawił się
ani na lekcjach, ani na posiłkach, więc o tej nowinie nie usłyszał.
Hermiona biła się z myślami
całą noc. Nie wiedziała, co ma zrobić. Układ układem. Draco miała tylko
najdalej do lata, a Rona na całe życie. Niemniej w ciągu ostatnich miesięcy nie
była pewna, czy chce takiej przyszłości. Czy chce być drugą Molly Weasley?
Hermiona kochała Molly. Kochała całą tę rodzinę, niemal do nich należała. Tak
trudno jej było podjąć decyzję o rezygnacji z nich. Z nich. Nie z Rona. Właśnie
ta świadomość sprawiła, że zdecydowała tak a nie inaczej. Mąż powinien być dla
niej przyjacielem i kochankiem, a Ron mógł być tylko przyjacielem. Niczym
więcej. I to mu właśnie musiała powiedzieć. I to w słowach, które by go nie
zraniły.
Nie udało jej się. Wybuch Rona
był okropny, ale Hermiona stała i słuchała jego wyrzutów. Że jest zimna i
zdystansowana. Że go odpychała przez cały ten czas. I nie dała mu w ogóle
szansy. Nie śmiała odmówić mu racji. Powiedziała, że jej przykro. A kolejnego
dnia przy śniadaniu dostała wyjca.
– Hermiono Granger, od tej
pory nie jesteś mile widziana w naszym domu! Byłaś dla nas jak córka, a od
dzisiaj jesteś dla nas nikim! – Głos Molly Weasley rozległ się po Wielkiej
Sali.
Hermiona, zalewając się łzami,
zastanawiała się, czy krótki romans był wart takiego poświęcenia.
W końcu Draco wrócił do świata
żywych. A przynajmniej żywych trupów. Wyglądał na chorego. Miał przekrwione
oczy i przeklinał każdego, kto mu się nawinął. W ciągu zaledwie jednego
przedpołudnia zarobił dwa szlabany. Hermiona bała się do niego podejść, bo
nigdy nie był sam. W końcu udało jej się dopaść go bez towarzystwa, ale nie
zdołała mu wiele powiedzieć, bo ktoś przeszedł korytarzem. Szepnęła tylko:
Wieczorem. I zniknęła za rogiem.
Draco przetrwał ten dzień, ale
duchem był nieobecny. Wieczorem się ogarnął i pojawił na ich miejscu spotkań.
Hermiony nie było. Czuł się jak głupiec, gdy tak na nią czekał. Myślał, że już
nie przyjdzie. A jednak się pojawiła. Podeszła do niego i jak gdyby nigdy nic,
wtuliła się w jego pierś.
– Przepraszam, Draco. Już
nigdy cię nie zdradzę. Obiecuję.
Wziął ją za rękę i pociągnął
korytarzem. W końcu stanęli przed ścianą, za którą kiedyś znajdował się Pokój
Życzeń. Gdy pojawiły się drzwi, oboje przekroczyli jego próg.
– Myślałam, że został
zniszczony – stwierdziła Hermiona, nie kryjąc zdumienia.
– Bo wszyscy tak myślą,
dlatego też pokój pokazuje im ich oczekiwania. Ale ma się dobrze i na nas
czeka. Pomyślałem, że skoro czeka nas jeszcze tylko parę miesięcy, możemy je
spędzić wygodnie.
Hermiona uśmiechnęła się do
mężczyzny, a on odwzajemnił się tym samym. I pociągnął ją na wielkie łóżko,
które czekało tylko na nich.
To była ich ostatnia noc w
Hogwarcie. Wiedzieli, że muszą się pożegnać i ich drogi się rozejdą – tak jak
się umówili dwa dni przed wigilią Bożego Narodzenia. Tej nocy kochali się z
rozwagą, powoli. Jakby chcieli poznać się na nowo, albo zapamiętać na zawsze. A
potem leżeli wtuleni w siebie i rozmawiali o tym, co im ślina na język
przyniosła. O planach na przyszłość. Wspominali co lepsze momenty z ich
spotkań. Ciężko było im pojąć, że to już ostatni raz.
– Będę za tobą tęsknić, Draco
– wyszeptała trochę z obawą.
– Ja za tobą też.
Z Pokoju Życzeń wyszli,
trzymając się za ręce, a potem każde z nich poszło w swoją stronę.
*
Tuż po wojnie Hermionie
została obiecana posada szefa Departamentu Kontroli nad Magicznymi
Stworzeniami, gdy tylko ukończy szkołę. Pierwszego sierpnia stawiła się w
Ministerstwie Magii, by objąć posadę, która na nią czekała ponad rok. Była
zestresowana, ale jednocześnie gotowa podjąć się każdego zadania, które polepszyłoby
życie stworzeń towarzyszących czarodziejom od zawsze. Czekało ją mnóstwo pracy.
Od tamtego pierwszego dnia
minęło kilka miesięcy. Ministerstwo organizowało doroczny Bal Bożonarodzeniowy,
na który musiała przyjść. Tak to już było, gdy człowiek zajmował się polityką.
Musiał być wszędzie obecny. Hermionie to nie odpowiadało, ale nie oponowała –
traktowała to po prostu jak swój obowiązek. I właśnie na tym balu zobaczyła
Dracona Malfoya – po raz pierwszy, odkąd ich spojrzenia ostatni raz się spotkały
na dworcu King's Cross.
Wyglądał jak zwykle
oszałamiająco, a Hermiona poczuła znajome wrażenie między swoimi nogami. Nie
pojawiło się u niej od ich ostatniego razu. Już nie potrafiła się złościć na
swoje ciało, bo ono najwyraźniej wiedziało najlepiej, co jest dla niej dobre,
dlatego też pewna siebie ruszyła na spotkanie byłego kochanka.
Draco pojawił się na balu
tylko i wyłącznie na życzenie matki. Chciała, by wrócił do starych tradycji
Malfoyów, czyli nawiązywania kontaktów i kupowania przysług. Nie chciała, by
ich ród odszedł w zapomnienie. Chciała, by odzyskali należną im pozycję, ale
tym razem bez wzbudzania strachu, a podszytą szacunkiem. To nie było łatwe
zadanie. A stało się jeszcze trudniejsze, gdy zobaczył Hermionę.
Sunęła w czarnej obcisłej
sukni w jego stronę. Ta suknia nie ukrywała nic, wręcz uwypuklała wszystko, co
w ciele Hermiony było najlepsze. Nie mógł pozbierać myśli, choć przez ostatnie
miesiące każdego dnia rozmyślał, co jej powie, gdy ją kiedyś spotka. A teraz
nie chciał nic mówić. Chciał porwać ją w ramiona i nigdy nie wypuszczać.
– Nie przywitasz dawnej
znajomej? – Zapytała kokieteryjnie. Zmrużyła oczy, tego jeszcze nigdy u niej
nie widział. Czy przez parę miesięcy wiele mogło się zmienić? Jak wiele?
Nie potrafił wydusić z siebie
ani słowa. Patrzył się w nią jak w obrazek.
Draco nigdy nie był
szczególnie odważny, ale w tym momencie o tym zapomniał. Przyciągnął ją do
siebie i mocno pocałował.
– Granger – wyszeptał jej do
ucha, gdy oderwał się od jej ust. – Czy któryś z twoich kolejnych kochanków był
lepszy ode mnie?
Hermiona trzepnęła go
rozbawiona w ramię.
– Ależ Draco, przecież ci coś
obiecałam!
I wtedy Draco Malfoy zaskoczył
samego siebie. Padł na kolana i poprosił Hermionę Granger o rękę.